wtorek, 21 lutego 2017

Chapter thirteen: This town is colder now

Gdy była bezpieczna na molo, Luke zanurkował na chwilę, odgarnął włosy z twarzy i wyszedł na górę.
- W porządku? – podszedł do niej.
Dziewczyna siedziała na molo z kolanami pod brodą, która trzęsła jej się z zimna lub przerażenia. Albo jedno i drugie na raz, taka opcja też istniała. Luke sięgnął po swój podkoszulek, który zdjął chwilę wcześniej, nim wskoczył do wody.
- Masz, przebierz się, bo zachorujesz – podał osiemnastolatce ubranie.
Gina spojrzała na niego niepewnie i przeniosła spojrzenie na materiał. Chwyciła go i ponownie spojrzała na chłopaka. Blondyn podał jej dłoń, by mogła wstać.
- Odwróć się – szepnęła niepewnie, cała się trzęsła.
Hemmings zacisnął szczęki, pokiwał głową i odwrócił się na piecie uprzednio informując spokojnym głosem:
- Spokojnie, nie będę podglądał – zapewnił.
Gwen zdjęła szybko swoje mokre ubranie i założyła wielki podkoszulek dwudziestolatka. Ten T-shirt musiał być za duży nawet na niebieskookiego. Spojrzała na swój mokry podkoszulek. Mimo wszystko, cieszyła się, że Olivii nie spodobała się pierwsza opcja, jaką proponowała przyjaciółce, czyli czarną sukienkę przed kolano. To byłoby okropne, gdyby musiała wracać do domu w samym podkoszulku. W prawdzie sięgał jej do połowy uda, ale źle by się czuła, przemierzając ulice miasta w nieswoim T-shirt’cie. Nawet jeśli pachniał tak nieziemsko.
Potargała włosy rękami i rozejrzała się w poszukiwaniu swojej torebki. Całe szczęście, położyła ją na molo, za nim wdrapała się na barierkę, inaczej jej telefon umarłby w bardzo brutalny sposób. Razem z jej ulubioną kopertówką.
- Dasz radę dojść do domu, czy wolisz, żebym zadzwonił po menadżera, żeby nas zawiózł? – zapytał Luke, gdy Gwen wydała mu się nieco spokojniejsza.
- A masz zamiar wracać przez miasto bez podkoszulka? – spojrzała na niego przecierając wilgotne policzki.
- Jeśli nie chcesz wracać autem, mogę się z tobą przejść. Nawet bez koszulki – uznał rozkładając ramiona na boki z bezradności.
Gina uśmiechnęła się blado.
- Dziękuję, ale jest jeszcze jeden sposób na dotarcie piechotą do domu, bez rzucania się w oczy większej ilości osób – poinformowała go.
- Tak? Jaki? – zainteresował się Hemmings.
- Możemy iść plażą, mój dom nie jest bardzo daleko. Do plaży mam niecałe dwa kilometry – wyjaśniła.
- W takim razie, chętnie odprowadzę cię do domu – uśmiechnął się szeroko.
Chłopak wystawił dłoń w stronę rudowłosej, a ona założyła torebkę i podeszłą do niego. Luke chwycił przód jego podkoszulki i wsadził materiał za przód jej spodni.
- Tak wygląda to lepiej – uśmiechnął się zawadiacko i wziął ją za rękę.
- Znasz mnie dwie godziny, nie licząc koncertu, i już się do mnie przystawiasz. Co ten show-biznes robi z ludźmi… - westchnęła żartobliwie.
Luke spojrzał w przestrzeń nad jej głową i odwrócił się na pięcie.
- Chodźmy już, bo morska woda źle na ciebie wpływa – bąknął i zaśmiał się cicho.
- Jasne – powiedziała przeciągając samogłoski, po czym odkaszlnęła.
- Na pewno, dobrze się czujesz? – zmartwił się.
- Wiesz, bywało lepiej – uznała.
- Opiłaś się wody? – zatrzymał się gwałtownie.
- Może troszkę – przewróciła oczami.
- Rany, co ja zrobiłem…?
- Daj spokój, Luke, będę żyć! – zapewniła go, klepiąc delikatnie wierzchem dłoni w mostek.
- Zmartwiłbym się, gdyby było inaczej, ale uwierz, nie chcę, żebyś była przeze mnie chora lub źle się czuła – wyjaśnił.
- Jeśli tak bardzo ci na tym zależy, możesz mnie zanieść do domu. Będę twoją nawigacją – założyła ramiona na piersi.
- Życzy pani sobie na nowożeńców, na strażaka, czy na barana? – uniósł brwi pytająco.
- Daj spokój, tylko żartowałam – odwróciła się w stronę plaży i poczuła, jak w pół kroku zatrzymuje ją ramie otaczające jej biodra.
Luke bez problemu przerzucił ją sobie przez ramię.
- Ja nie żartowałem – uciął i ruszył w stronę miasta.
Gwen zaśmiała się piskliwie i zamachała kilka razy nogami.
- Chcę się przejść po plaży na własnych nogach – zawiadomiła.
- Na razie nie jesteśmy na plaży – Hemmings poprawił ją sobie.
- Ale za raz będziemy – zauważyła.
- Równie dobrze, mogę zacząć iść w zwolnionym tempie –zażartował chłopak.
- Nie możesz, nie uniósłbyś mnie tak długo – stwierdziła.
- Chcesz się założyć o paczkę żelków?
- Czy ty jesteś uzależniony od żelków? – zmieniła temat.
- Być może, ale to zdrowe uzależnienie, więc nie próbuj mnie z niego wyciągać – powiedział, a Gina była niemal pewna, że zaczął bawić się kolczykiem w wardze.
- Jak to jest? – zapytała.
- Hm? – zdziwił się i mocniej objął jej nogi, gdy pochylał się do przodu, żeby postawić ją na piachu.
Gwen poprawiła na sobie jego ciemny T-shirt.
- Czuć posmak metalu w ustach – wbiła wzrok w jego wargę.
- Możesz się sama przekonać – rzucił beztrosko.
Gina poczuła, że czerwienieje i spuściła wzrok. W jej głowie cały czas pojawiała się myśl, że Luke jej nie pamięta i znają się od dwóch godzin.
- Wystarczy, że przekujesz wargę – wzruszył ramionami. – To nawet nie boli. Przynajmniej mniej, niż się spodziewałem.
- Och – rudowłosa odzyskała możliwość oddychania i zrobiło jej się jeszcze bardziej głupio przez to, o czym pomyślała.
Ten chłopak cię nie pamięta, Gino!, upomniała się w myślach, Skąd pomysł, że chciałby cię pocałować? W tamtej chwili gardziła samą sobą. Bo tak właśnie było, w oczach Luke’a była po prostu zwykłą dziewczyną, przynajmniej ona tak to postrzegała.
- Idziemy dalej? – zapytał wyrywając ją z zamyślenia.
- J-jasne – zająknęła się.
- W takim razie, prowadź. Nie wiem, gdzie mieszkasz – uśmiechnął się .
- No tak – potrząsnęła głową, by wyzbyć się dziwnych myśli.
Luke przyjrzał jej się i zmarszczył czoło.
- Na pewno, wszystko z tobą dobrze? Nie chcę być nie miły, ale dziwnie się zachowujesz – podniósł jej głowę, ujmując jej brodę między kciuk, a palec wskazujący.
- Tak, jest dobrze. Zamyśliłam się i tyle – uśmiechnęła się blado. – Chodźmy już, nogi mi marzną.

Odwróciła się i ruszyła piaszczystym brzegiem. Blondyn dogonił ją w dwóch krokach, zrównał się z nią i splątał ich dłonie. Gwen poczuła ciepło rozchodzące się po jej ciele, ale postanowiła je zignorować. Jeszcze do wczoraj był chłopakiem, którego nienawidziła. Ba, jeszcze kilka godzin temu go nienawidziła!

poniedziałek, 6 lutego 2017

Chapter twelwe: I can be the one tonight

- Nie będziesz moim dłużnikiem, jesteśmy przyjaciółmi, pamiętasz? – wygiął usta w nienaturalnym uśmiechu, przypominając tym samym emotikonę.
- ‘Pamiętasz’ to słowo, które dziwnie brzmi w twych ustach – skrzywiła się.
- Daj spokój – przewrócił oczami i wbił jej palce pod żebro.
Gwen pisnęła i podskoczyła łapiąc się za bok.
- Jak mogłeś?! – zapytała niby z wyrzutem, ale sekundę później oboje wybuchli śmiechem.
Luke wzruszył ramionami, uśmiechnął się uprzejmie do znudzonego kasjera i zapłacił za zakupy. Wyszli ze sklepu i ruszyli w dalszą wędrówkę. Blondyn otworzył chipsy i wsadził jednego do ust.
- Powiesz mi chociaż, czy jesteśmy blisko tego magicznego miejsca? – zapytał spoglądając na nią z góry.
- Nie rozmawiam z tobą – burknęła.
Chłopak podsunął jej otwartą paczkę, wyjęła z niej czerwonego chrupka.
- Aha, czyli nie rozmawiasz ze mną, ale jesz moje jedzenie? – zapytał podstępnie.
Gina przystanęła.
- Naprawdę mogę ci za nie zapłacić – powiedziała poważnym tonem.
- Daj spokój, przecież tylko się wygłupiam – machnął ręką zbytecznie.
Ruszyli dalej, chociaż rozmowa nie rozpoczęła się na nowo. W końcu Crimson przystanęła. Ulica rozbiegała się na dwie strony, przed nimi rozciągała się plaża, a dalej szumiało morze.
- Gdzie w takim razie? – zainteresował się dwudziestolatek.
- Tam – dziewczyna nawet nie czekała, aż podąży za jej spojrzeniem, tylko ruszyła w tamtą stronę.
Chwyciła go za dłoń, choć oboje mieli je ubrudzone przyprawami z chrupków , i puściła się biegiem przed siebie. Gdy zatrzymali się pośrodku szerokości białego molo, lecz przy końcowej barierce, oboje ciężko oddychali, ale śmiali się głośno. Gwen pochyliła się odrobinę do przodu, oddychając ciężko i podpierając się pod boki.
- Jesteśmy? – zapytał Hemmings pomiędzy sapnięciami.
Gina pokiwała ochoczo głową.
- Chodź, tam jest dopiero magicznie – uznała i pociągnęła go za sobą w stronę barierki.
Rudowłosa wdrapała się na nią i usiadła okrakiem. Luke zrobił to samo i spojrzał na jej twarz oświetlaną blaskiem księżyca.
- Podoba ci się? – zapytała zielonooka, wpatrując się w fale.
- Jasne – mruknął, lecz dopiero po chwili odwrócił wzrok na morze. – Jest magicznie – powiedział cicho i prychnął uśmiechając się do siebie.
- Mówiłam – dziewczyna rozciągnęła usta w uśmiechu.
Luke sięgnął do tylnej kieszeni i wyjął z niej małą paczuszkę. Otworzył ją z szelestem, przełożył prawą nogę na drugą stronę barierki, że zwrócony był teraz twarzą do morza. Podsunął paczuszkę w stronę dziewczyny.
- Żelki? – zdziwiła się Gina.
- Kwaśne – dodał poruszając w zabawny sposób brwiami.
Rudowłosa zaśmiała się.
- Bardzo przekonujący argument – zapewniła kiwając głową i sięgając po jednego.
- I nawet nie próbuj mi oddawać za cokolwiek pieniędzy – zastrzegł sobie.
- Przytyję przez ciebie dziesięć kilogramów wciągu tej nocy – mruknęła wsadzając sobie żelka do ust i odgryzając kawałek.
- Spokojnie, zrzucisz je, gdy będziesz mi pokazywać kolejne magiczne miejsce – zaśmiał się i spojrzał na nią.
Gdy Gina śmiała się tak delikatnie i uroczo, jak w tamtym momencie, w jej oczach błyszczały iskry, a policzki rozjaśniały się i uwypuklały. Luke nawet nie potrafił sobie wyobrazić, ile wspaniałych, zabawnych chwil mogliby przeżyć razem, gdyby został w Wielkiej Brytanii, w Golden Harbor. Postanowił jednak nie zagłębiać się w przeszłość, lecz utworzyć wspólną przyszłość. Chciał skorzystać z okazji, jaką dał mu los. Przecież takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień. A może się zdarzają? Luke nie był tego pewny, miał wrażenie, że to był dar, a sny z Gwen tylko utwierdzały go w tym przekonaniu. To nie mógł być przypadek, jakaś siła wyższa sprawiła, że ponownie się spotkali.
- Gwen?
- Hm? – mruknęła przeżuwając żelka.
- Dlaczego byłaś na koncercie? – zapytał.
Dziewczyna od razu spojrzała na niego zdziwiona.
- Cóż, moja koleżanka, ta która przyszła ze mną za kulisy, jest waszą fanką, a ja obiecałam jej, że pójdę z nią na koncert. Nie miałam pojęcia, że to wasz koncert – wyjaśniła na jednym tchu.
- Och – zdziwił się Luke.
- Dlaczego o to pytasz? – zainteresowała się dziewczyna.
- B-bo… Ja… Tak po prostu – wyjąkał w końcu. – Czemu siedzisz okrakiem, nie byłoby ci wygodniej, gdybyś usiadła tak, jak ja? – zapytał otwierając małą butelkę pepsi.
- Nie, tak jest w porządku – zapewniła.
- Okay, twój wybór – wzruszył ramionami i spojrzał na butelkę. – Spójrz, serduszko – zaśmiał się pokazując obrazek na etykiecie.
W głowie Luka nic już nie było przypadkiem, wszystko było zaplanowane przez kogoś tam, na górze. Gdy tylko napił się, zszedł z barierki na molo i postawił butelkę na deskach.
- Chodź na chwilę – wystawił ręce w stronę dziewczyny, by pomóc jej zejść.
- Co zamierzasz? – przełożyła nogę od strony wody na drugą stronę.
- Powinniśmy zrobić coś szalonego. Takie spotkania nie zdarzają się raczej zbyt często – zauważył.
- Racja – przyznała. – Co zrobimy?
- Zamknij oczy – polecił.
Dziewczyna niepewnie, ale wykonała jego polecenie. Poczuła jego ramiona chwytające ją pod zgięciem kolan i w połowie pleców, a chwilę później miała wrażenie, że lata. Dawno nikt nie nosił jej na rękach. Otworzyła oczy, miała wrażenie, że ziemia jest trzy metry niżej, a Luke przecież był od niej wyższy jedynie o dwadzieścia centymetrów! Chłopak zaczął zataczać kółka, Gina zaśmiała się głośno po czym z ust chłopaka wyrwał się gardłowy śmiech, który splótł się w powietrzu z głosem rudowłosej.
Zaczęli zbliżać się do przerwy między barierkami, gdzie do molo przymocowana była drabinka prowadząca na podest pod spodem.
- Co robisz? – przeraziła się zielonooka i zesztywniała w jego ramionach.
- Coś szalonego – powiedział blondyn i rzucił ją do morza śmiejąc się przy tym głośno.
- Ja nie umiem pływać! – krzyknęła Gina, a sekundę później jej ciało z pluskiem wpadło do wody.
Gdy na powierzchni zobaczył jedynie pianę i bąbelki uciekającego powietrza powoli zaczęły docierać do niego słowa dziewczyny.
- Co ja zrobiłem? – oprzytomniał nagle. Wyjął ze spodni telefon i portfel, zdjął buty, koszulkę i wskoczył do wody.
Nie musiał długo szukać Giny, szamotała się pod wodą, ale nie odpłynęła, ani nie zatopiła się zbyt głęboko. Chwycił ją delikatnie, a ona spojrzała na niego przez wodę, miała policzki pełne powietrza i oczy pełne strachu. Uspokoiła się odrobinę, gdy chłopak ją objął i zaczął płynąć w górę. Z przerażeniem nabrała ogromu powietrza, gdy tylko wynurzyli się spod wody. Luke pomógł jej podpłynąć do drabinki, której dziewczyna chwyciła się szybko.
- Wszystko w porządku? – zapytał chwytając się drabinki w taki sposób, że Gina tkwiła między jego ramionami.
- Nie rób tego więcej – poprosiła, była roztrzęsiona i przerażona.
- Nie zrobię – obiecał i podpłynął bliżej, by nie ześlizgnęła się z powrotem i nie zaczęła znowu topić. – Nie pamiętałem, że boisz się wody – przyznał.
Dziewczyna skinęła kilkukrotnie głową i podniosła na niego wzrok. Twarz Hemmingsa znajdowała się tak blisko… Gwen pochyliła się w jego stronę, lecz wtedy jej stopa ześlizgnęła się ze szczebelka i ponownie wpadła w panikę. Luke złapał ją w jedno ramię i nakierował z powrotem na drabinkę.
- Wejdź na górę – powiedział spokojnie i cały czas asekurował ją, gdy jej drżące nogi i ręce spinały się na szczyt drabiny.

Gdy była bezpieczna na molo, Luke zanurkował na chwilę, odgarnął włosy z twarzy i wyszedł na górę.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Chapter eleven: Late night in Golden Harbor

Gwen była zawstydzona słowami Luke’a. Dobrze było wiedzieć, dlaczego nie odezwał się do niej ani słowem, gdy wyjechał. Nadal jednak czuła ukłucie w sercu, gdy myślała o tym, że jego mama nie wspomniała chłopcu o jego piegowatej koleżance.
Gdy Gina przemywała makijaż w małej łazience na tyłach klubu, Luke starał się uspokoić. W prawdzie, w końcu wiedział coś o dziewczynie z bladych wspomnień, ale nie czuł się pewnie. Po raz pierwszy od czasów ósmej klasy Luke Hemmings nie czuł się pewnie. Wtedy starał się o względy wyższej od niego o dziesięć centymetrów, ale bardzo uroczej Ally Sanders, która mimo swego dobrego wychowania, jakie wpajali jej rodzice skończyła edukację wraz z uzyskaniem pełnoletniości i zajściem w ciąże. Blondyn potrząsnął głową, chcąc odegnać te wspomnienia. Ally była przeszłością. Czy jednak Gwen też nią nie była. O pnnie Sanders pamięta cały czas i niekiedy nawet wspominał ją późnymi wieczorami, a Gina? Pojawiła się w jego głowie około rok temu i prześladowała go, jako mała, ruda dziewczynka biegająca z nim po ulicy i bawiąca się na placu zabaw.
Tak mało pamiętał z Anglii, że nie był pewien, czy jego życie w tym miejscu w ogóle było ważne w kwestii jego późniejszego ukształtowania.
Chłopak wepchnął dłonie do kieszeni i po raz kolejny nerwowo spojrzał na drzwi, za którymi zniknęła zielonooka. Obrzucił wzrokiem stół zasypany opakowaniami po ich posiłku, aż między pustymi, styropianowymi pojemnikami dostrzegł małą, plastikową paczuszkę, którą szybkim ruchem zgarnął i wcisnął do tylnej kieszeni spodni.
- To co, idziemy? – odezwała się Crimson za jego plecami.
Hemmings podskoczył, serce podeszło mu do gardła. Odwrócił się i spojrzał na nią.
- Jasne, chodźmy – wzruszył ramionami, jakby obojętnie podchodził do sytuacji.
Nie podchodził do niej obojętnie i to było jasne. Miał jednak nadzieję, że Gina nie zauważy jego drżących dłoni i trzęsących się kolan, że nie usłyszy łamiącego się głosu. Odkaszlnął na wszelki wypadek, gdyby jego gardło zechciało spłatać mu jakiś żart.
- Gdzie mnie zabierzesz? – zainteresował się podchodząc do tylnego wyjścia.
- Niespodzianka – uśmiechnęła się tajemniczo i minęła go w drzwiach, gdy otworzył je przed nią.
Gwen nie wiedziała sama, gdzie pójdą, chciałaby pokazać mu całe miasto, a jednocześnie miała wrażenie, że przecież on to wszystko zna i wycieczka będzie piekielnie nudna. Postanowiła zaryzykować, więc gdy tylko wyszli spomiędzy budynków do głównej ulicy, zapytała:
- Nadal lubisz naleśniki z czekoladą i bananem? – rzuciła mu krótkie spojrzenie.
Skinął głową.
- Kto ich nie lubi? Takie są najlepsze – uśmiechnął się do niej, więc odwróciła spojrzenie.
Nadal nie czuła się komfortowo w jego towarzystwie. To już nie był jej Luke, dziesięcioletni chłopiec w za dużej podkoszulce i brudnych spodnich, który pomagał jej się wdrapać na drzewo. Mimo to, miała wrażenie, że potrafi zaprzyjaźnić się z nim na nowo. Miał w sobie coś takiego, co przyciągało. Chociażby oczy, których kolor zafascynował ją do tego stopnia, że gdy w nie patrzyła, jej wnętrzności fikały, jak na trampolinie, a ona czuła przyjemne łaskotanie pod przeponą.
Crimson wystawiła dłoń w stronę dwudziestolatka. Spojrzał na nią pytająco.
- Nie ufasz mi? Ja zawsze wierzyłam ci, że nie puścisz mnie podczas wciągania na gałąź – zaśmiała się i ucichła, gdy zdała sobie sprawę, że chłopak pewnie nie pamięta tamtych chwil.
Blondyn chwycił jej dłoń i uśmiechnął się połową ust.
- Skoro ty ufasz mi, ja ufam tobie – oznajmił i ruszył za dziewczyną.
Zatrzymali się przy rozświetlonej budce, która pokryta była czerwoną farbą.
- Witaj, Kristie! – zawołała Gwen, wdrapując się na barowe krzesło stojące przy niewielkiej ladzie, wokół budki.
- Och, Gina! Dobrze cię widzieć! Ale dzisiaj ruch… Podobno był dzisiaj jakiś koncert i teraz dzieciaki błąkają się po mieście bez celu – zaczęła narzekać czarnoskóra kobieta. – A jak ci mijają wakacje? Stęskniłam się, kolejne pół roku bez ciebie – pokręciła głową przecząco i rozlała masę na naleśnika po okrągłej płycie.
- Dobrze, w zasadzie dopiero się zaczęły. Ja także tęskniłam, na całym świecie, nikt nie potrafi robić tak dobrych naleśników, jak twoje – uśmiechnęła się dziewczyna i spojrzała na stojącego obok dwudziestolatka. – Siadaj – powiedziała i wskazała brodą drugie krzesło.
- To sprawa oczywista! – zgodziła się kobieta, ponownie zwracając uwagę Giny. – To co zawsze? – wychyliła się do przodu, zbliżając twarz do okienka.
- Tak – skinęła osiemnastolatka.
- A dla kawalera? – Kristie spojrzała na blondyna.
- Nic, tylko przekrój mojego na pół – wtrąciła od razu Gwen. Po całej porcji nigdy nie mogę się ruszać, a zamierzam jeszcze trochę dzisiaj zrobić – uśmiechnęła się uprzejmie.
- Mhm – przytaknęła kobieta i odwróciła się do gotowego naleśnika, którego polała sosem czekoladowym. – Nie mówiłaś, że się z kimś spotykasz – zagadnęła.
Gina otworzyła szeroko o czy, uśmiech zszedł z jej twarzy. Spojrzała na Luke’a przelotnie.
- Bo się nie spotykam – podrapała się w tył głowy, zacisnęła wargi i spuściła wzrok.
Kobieta odwróciła się i zmierzyła Hemmingsa spojrzeniem.
- Nie umawiasz się z nim? – wskazała dwudziestolatka dziwnym przyrządem.
- Kristie! – burknęła oburzona dziewczyna.
- No co? Nigdy nikogo do mnie nie przyprowadzasz – wzruszyła ramionami i wydęła duże wargi.
- To… - Gwen spojrzała na blondyna. – To tylko… kolega – dokończyła.
Kobieta ponownie spojrzała na błękitnookiego, na co chłopak pomachał do niej, prawą dłonią, a podpierając się na lewej i zakrywając nią usta.
- Przystojny jest – uznała murzynka. – Bierz się za niego… albo ja to zrobię – odwróciła się do nich z dwoma tekturowymi tackami z należnikami.
- Halo, ja tu jestem – wtrącił Luke. Obie spojrzały na niego. – I wszystko słyszę – dodał.
Kristie wzruszyła ramionami nieporuszona tym faktem. Gwen wzięła tacki do rąk i spojrzała na chłopaka niemal błagalnie. Mimo wszystko, chłopak czuł się dobrze, od lat nie był tak anonimowy. I to w swoim rodzinnym mieście. Czuł się z tym wręcz fantastycznie. Wreszcie miał trochę ciszy i spokoju, znikąd nie podbiegały do niego piszczące dziewczyny prosząc o miliony wspólnych zdjęć i autografy. Nie tylko na kartkach, czy w pamiętnikach.
- Mógłbyś zapłacić? – uśmiechnęła się głupio. – Mam zajęte ręce, oddam ci później.
Luke wyjął portfel i położył banknot na ladzie po czym odwrócił się na pięcie, wziął swoją porcję od Gwen i spojrzał na nią niepewnie.
- Powiedz, że nie będziemy jeść tutaj – szepnął. – Reszty nie trzeba – powiedział do Kristie.
- Nie, zjemy po drodze. Chcę cię gdzieś zabrać – oznajmiła. – Do zobaczenia, Kristie – dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i pomachała czarnoskórej kobiecie wolną ręką.
Ruszyli przed siebie i zaczęli jeść swoje naleśniki, krojąc je plastikowymi widelczykami. Luke mruknął, gdy tylko połknął pierwszy kęs.
- Miałaś rację, to najlepsze naleśniki, jakie kiedykolwiek jadłem. Mama by mnie zabiła, gdyby to usłyszała – zaśmiał się.
- Może nie. Sama pokazała mi tę budkę, gdy kiedyś poszliśmy razem na spacer. Potrafiliśmy tu przychodzić każdego dnia wakacji – opowiedziała Gwen i uśmiechnęła się do wspomnień.
- W takim razie, żałuję, że tego nie pamiętam – uśmiechnął się, a naleśnik wypchał jego policzki. – Gdzie teraz idziemy? – zapytał patrząc przed siebie.
Ulice Golden Harbor były prawie puste i tak spokojne…
- W jedno z najbardziej magicznych miejsc w tym mieście. Jedz naleśnika – uśmiechnęła się.
Szli dość powoli, ale żadnemu z nich to nie przeszkadzało, mogli w spokoju zjeść swoją porcję. Gdy mijali niewielki supermarket Luke przystanął na chwilę.
- Napiłbym się czegoś, co ty na to, żebyśmy najpierw wstąpili do sklepu, nim pokażesz mi to magiczne miejsce?
Crimson wzruszyła ramionami.
- Jeśli chcesz coś sobie kupić, w porządku – stwierdziła i wyrzuciła swoją tackę do śmietnika stojącego na chodniku.
Weszli do sklepu, Luke szybko poruszał się alejkami, Gina postanowiła zaczekać przy kasach. Chłopak wyłonił się spomiędzy alejek z chipsami i podszedł do lodówki z zimnymi napojami, wyjął pepsi i ruszył do Gwen.
- Mam nadzieję, że lubisz paprykowe. Niestety nie pamiętam, jakie jadasz – uśmiechnął się krzywo.
- Żartujesz? Nie mogę zjeść wszystkich swoich oszczędności – mruknęła rudowłosa.
- Nie będziesz się po mnie brzydzić? – zapytał machając jej butelką napoju przed twarzą.
- Skąd, ale za to zbankrutuję i przestanę cię lubić – uznała odbierając mu butelkę i stawiając ją na taśmie.
- Dobrze wiedzieć, że już mnie lubisz. Albo, że nadal mnie lubisz. A o bankructwo nie musisz się martwić, ja za wszystko zapłacę – chciał objąć ją ramieniem, jednak szybko cofnął rękę i tylko poklepał ją po barku.
- O nie, nie mogę się na to zgodzić! W zasadzie znasz mnie od pół godziny, nie chcę być twoim dłużnikiem – zaplotła ramiona na piersi.
- Nie będziesz moim dłużnikiem, jesteśmy przyjaciółmi, pamiętasz? – wygiął usta w nienaturalnym uśmiechu, przypominając tym samym emotikonę.
- ‘Pamiętasz’ to słowo, które dziwnie brzmi w twych ustach – skrzywiła się.

- Daj spokój – przewrócił oczami i wbił jej palce pod żebro.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Dzisiaj wyszedł dłuższy rozdział, ale to chyba nic złego. Mam rację? Jak Wam się podoba taka wersja ich relacji? Ja osobiście chyba wolę, jak się śmieją, niż na siebie krzyczą, ale to jeszcze wyjdzie w praniu, czy jak to się tam mówi...
Nieważne!
Zostawiajcie opinie w komentarzach, a następny rozdział pojawi się już za tydzień, bo przegapiłam poprzedni tydzień.
Do następnego,
Monika Karolina xxx

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Chapter ten: How could you be fine?

Witojcie!
Taki mam dzisiaj górolski nastrój >.> ☺
Nie przedłużając, mamy prawie 1 400 wyświetleń [SUPER ^^], a teraz zapraszam na następny rozdział.

xoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxox
Gwen miała ochotę udusić Olivię, albo przynajmniej wykorzenić z niej, raz a dobrze, miłość do tego zespołu. Mężczyzna popchnął drzwi prowadzące za kulisy. W pomieszczeniu było cicho, czuć było zapach męskich kosmetyków, pewnie członkowie zespołu chcieli odświeżyć się po koncercie. Rudowłosa spojrzała na przyjaciółkę, jej oczy świeciły jak żarówki, gdy podeszła bliżej stolika w rogu pokoju.
- Tu jest napisane Calum – zauważyła.
- Tak, w tym pudełku był posiłek dla Hooda – menadżer uśmiechnął się do niej uprzejmie.
Drzwi po drugiej stronie pomieszczenia otworzyły się i stanął w nich chłopak z ręcznikiem przyłożonym do twarzy. Gdy tylko zabrał materiał, Crimson poczuła się tak, jakby ktoś poraził ją prądem.
- Gina – szepnął Luke cicho.
Dziewczyna spuściła wzrok i wbiła go w buty. Liv szturchnęła ją lekko w bok.
- Odezwij się chociaż – powiedziała teatralnym szeptem.
Ktoś za parawanem zaśmiał się gardłowo.
- To było bardzo subtelne – powiedział głos zza parawanu, a po chwili wyszedł zza niego Ashton.
Brunetka pobladła na twarzy, ale zaczerwieniła się na szyi. Gwen przewróciła oczami, wiedziała co to znaczyło. Irwin podobał jej się na plakatach, a na żywo praktycznie szalała na jego widok.
- J-jestem Olivia – zająknęła się dziewczyna.
- Miło mi, Ashton Irwin – podał jej dłoń i uśmiechnął się ściskając jej, całą drżącą. – Mam wielką ochotę na lody, nie chciałabyś się przejść? – uniósł brwi pytająco.
- Właściwie to nie jestem stąd, ale skoro nalegasz – Dalton wyszczerzyła się i zachichotała. – Gwen, zadzwonię do ciebie, jeśli nie będę umiała trafić do domu – posłała jej ciepłe spojrzenie maślanych oczu.
Zielonooka miała wrażenie, że za chwilę padnie na podłogę błagając, by przyjaciółka nie zostawiała jej samej. Nim jednak zdążyła zaoponować, już ich nie było. Telefon menadżera zadzwonił, przerywając ciszę, gdy rozmowa dobiegła końca, mężczyzna spojrzał na blondyna.
- Hood i Clifford chcą wracać do hotelu. Gdybyś potrzebował transportu, dzwoń.
- Jasne – Luke uśmiechnął się i skinął na pożegnanie mężczyźnie. – Cieszę się, że przyszłaś – dwudziestolatek przerwał ciszę.
- Ta. To nie do końca była moja decyzja. Olivia chciała was poznać – wzruszyła ramionami, nadal na niego nie spoglądając.
- Cóż, kopę lat, nie? – uśmiechnął się krzywo Hemmings.
Gina podniosłą na niego złe spojrzenie.
- Chyba sobie żarty robisz – szepnęła.
- Hm, nie rozumiem – przyznał.
- Zostawiłeś mnie samą, gdy cię potrzebowałam. Dałeś mi psa i myślałeś, że to załatwi sprawę? Nie, pies ze mną nie porozmawia. Może i wysłucha, ale nie odpowie, nie pocieszy. Zdajesz sobie z tego sprawę? – naskoczyła na niego. Cały tłumiony gniew wyszedł teraz na zewnątrz. Miała wrażenie, że gotuje się od środka.
- Nie wiem, o czym mówisz – podniósł ręce w geście kapitulacji.
- Oczywiście, bo zostawienie ośmioletniej dziewczynki na pastwę losu jest takie w porządku – burknęła.
- Gina, ja naprawdę, nie wiem, o co ci chodzi…
- Nie nazywaj mnie tak! Nie masz do tego prawa! Straciłeś je, gdy wyjechałeś i nigdy się nie odezwałeś. Czekałam na choćby jeden telefon, jedną pocztówkę… - szeptała łzawym, lecz agresywnym tonem. – Masz w ogóle serce, uczucia? Jak sobie z tym radzisz? Bo ja sobie w ogóle nie radzę! Jak możesz żyć ze świadomością, że zraniłeś małą, niewinną dziewczynkę?!
- Nie mam pojęcia o czym mówisz! – wrzasnął nagle zalany potokiem jej słów, krzyków. Nagle zamilkła, jakby oczekiwała właśnie takiej reakcji. – Pamiętam cię, gdy bawiliśmy się razem. Nie pamiętam wszystkiego zbyt dobrze, ale ciebie pamiętam. Nie wiem jak znalazłem się w Sydney, nie mam bladego pojęcia o jakim porzuceniu mówisz. Przypomniałem sobie ciebie dopiero jakiś czas temu. Nic nie pamiętam z czasu tuż przed chorobą i z samej choroby! – od krzyku aż poczerwieniał na twarzy. Gina skuliła się w sobie, wycofała odrobinę, aż przylgnęła do krawędzi stolika. – Przepraszam – szepnął skruszony Luke. – Nie wiem, co ci zrobiłem, ale przepraszam.
- O jakiej chorobie mówisz? – zdziwiła się.
- Nie wiem dokładnie, co mi było. Po prostu rodzice podjęli decyzję o wyprowadzce. Któregoś ranka obudziłem się i byłem w Sydney, w szpitalu.
- Rany – sapnęła Gwen i opadła na wysunięte krzesło. – J-ja nic nie wiedziałam. Pewnego dnia przyszłam do ciebie, ale twoja mama powiedziała, że jesteś chory, a gdy przyszłam tydzień później, dom był pusty. Wyjechaliście bez wieści, czy pożegnania – oparła łokcie na blacie i zakryła twarz dłońmi.
- Wszystko w porządku? – Luke postawił niepewnie dwa kroki w jej stronę. Jej ramionami potrząsała jakaś wewnętrzna siła. – Jeśli powiedziałem coś nie tak, to bardzo mi przykro – zaczął, ale wtedy Crimson opuściła dłonie i zauważył, że płacze.
Dziewczyna wstała.
- Tak bardzo mi ciebie brakowało – wyznała po czym otoczyła jego szyję ramionami.
Hemmings’a zamurowało. Nie wiedział już, co powinien zrobić, więc po prostu przytulił ją do siebie.
- Przykro mi z powodu tej dziewczynki – szepnął.
Rudowłosa zaniosła się niespokojnym płaczem, więc pogładził ją delikatnie po plecach.
- Po stracie rodziców byłeś przy mnie cały czas, a później zniknąłeś z dnia na dzień, pozostawiając mi jedynie Bruna – szepnęła wtulając twarz w zagłębienie między obojczykiem, a szyją chłopaka.
- To pies, prawda? – chciał się upewnić.
- Tak, jeszcze żyje. Dobrze się trzyma, jak na swój wiek – rozluźniła uścisk i wyplątała się z jego objęć. – Chcesz go zobaczyć? – zaproponowała przecierając twarz dłońmi.
- Jasne, bardzo chętnie, ale może… Może najpierw pójdziemy na spacer i porozmawiamy? Nie wiele pamiętam, to tak jakbym miał amnezję. Życie w Wielkiej Brytanii to dla mnie jedna wielka niewiadoma – wzruszył ramionami.
- Pewnie. I tak nie mam samochodu – wzruszyła ramionami. – Odświeżę się i możemy iść. Nie chcę przestraszyć ludzi, a na pewno wyglądam jak potwór – zaśmiała się.
- Wcale nie wyglądasz jak potwór – zaprzeczył choć i tak zaśmiał się na jej słowa. – Jesteś jeszcze ładniejsza, niż pamiętam – uśmiechnął się do niej.

Nie był pewny, jak silna była ich przyjaźń, ale czuł z nią wyjątkową więź.

xoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxox

Aww... Jakie to [nie]urocze. Cytując Ashtona z pierwszego rozdziału "Dajcie tu tęczę i jednorożca!". ;) Mam nadzieję, że się Wam podobało; zostawcie komentarz i czekajcie na kontynuację x
Monika Karolina xxx

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Chapter nine: Make it feel like home…

Gwen przeciskała się przez tłum, żegnając świeże powietrze. Z utęsknieniem spojrzała przez ramię na drzwi za jej plecami. Najchętniej uciekłaby do domu i ukryła się w ciemnym pokoju pod kołdrą, ale wiedziała, że nie może tego zrobić. To bardzo zraniłoby Olivię. Prosiła stopy, by jej nie zawiodły i doprowadziły do celu, mety, którą była jej przyjaciółka. Miała wrażenie, że już i tak nic gorszego nie może się wydarzyć, więc postanowiła brnąć w to dalej. Gdy w końcu przecisnęła się do przyjaciółki, była zbyt zawstydzona by spojrzeć na scenę. Szturchnęła koleżankę w bok, a ona spojrzała w jej stronę od razu.
- Gwen, nic ci nie jest! – przytuliła ją szybko. – Chciałam za tobą wyjść, ale jakiś gość zastawił mi drogę i powiedział, że przepuści mnie dopiero, gdy dam mu swój numer. Palant – przewróciła oczami i machnęła ręką. – Dlaczego uciekłaś? – zmarszczyła czoło.
- J-ja… brakowało mi świeżego powietrza – Gina uśmiechnęła się blado. Postanowiła skłamać, w tym świetle i tak Liv nie mogła dojrzeć fałszu w jej oczach.
- Ale już ci lepiej, tak? – dopytywała brunetka.
- Ugh! Tak, już mi lepiej! – warknęła ognistowłosa i parę osób spojrzało na nią. – Możesz nie zadawać tylu pytań?! Choć raz w życiu mi odpuść! – zagrzmiała. – Proszę – dodała skruszona swoją postawą.
Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Miała wrażenie, że wszystkie emocje wymieszały się i teraz na zmianę próbują przejąć nad nią kontrolę.
- Dobrze, ale jutro porozmawiamy – powiedziała poważnie Olivia. Gwen wiedziała, że przyjaciółka jej nie odpuści. Cieszyła się, że dostanie jednak choć trochę czasu, żeby odpocząć od natrętnych pytań.
- Kochani, ponieważ zaginęła nam heartbreak girl, więc w sumie zachowała się jak typowy łamacz serc, chcemy wykonać teraz pewien cover – odezwał się Calum. – Mieliśmy w planach wykonanie go dzisiaj na pożegnanie, ale… Cóż, plany się nieco zmieniły – uśmiechnął się krzywo i spojrzał przelotnie na Luke’a, który wpatrzony był w widownię. Jego wzrok wręcz błądził po tłumie. Rudowłosa skuliła się w sobie, mając wrażenie, że jej szuka. Nie chciała by znowu ją znalazł. Spojrzała na niego pomiędzy głowami innych ludzi, ale nie zatrzymała na nim swojego wzroku. Spojrzała na czerwonowłosego Michaela, a następnie smagnęła spojrzeniem wyłaniającą się zza perkusji postać Irwina. Olivia, jakby wiedząc, na kogo spogląda, złapała ją za dłoń i uścisnęła mocno.
- Ashton na żywo jest jeszcze przystojniejszy! – zapiszczała gdzieś koło jej ucha.
Crimson przewróciła oczami. Czyżby panna Dalton po raz kolejny zaczynała? Gwen miała nadzieję, że się myli. Olivia była fanką 5 Seconds Of Summer, to nie mogło podlegać dyskusji! Czasem Gina zastanawiała się, dlaczego nie poprosiła o zmianę pokoju zaraz po tym, gdy zobaczyła pierwszy plakat nad łóżkiem współlokatorki. Luke po prostu spoglądał z samego centrum wprost na nią, gdy się uczyła, relaksowała, albo nawet czytała. A mimo to postanowiła zostać. Dlaczego? Bo uznała, że dobrze mieć jego zdjęcie przy sobie, chociaż w taki sposób. Oczywiście, czuła ból, gdy patrzyła na jego roześmianą twarz obrastającą w coraz większą sławę, ale wiedziała też, że czasu nie da się cofnąć. Mimo wszystko, jej uczucia nie zmieniały się co do niego. Wierzyła, że kiedyś wróci, stanie na progu jej domu i opowie jej, jak bardzo za nią tęsknił. Ale to się nigdy nie wydarzyło. Miała nadzieję, że gdzieś, w środku tego chłopaka, jest ten nieporadny chłopiec – jej przyjaciel.
Ashton Irwin wystukał rytm na swoich pałeczkach po czym głośno uderzył w talerze, a następnie weszły gitary. Tłum po raz kolejny rozdarł powietrze swoim krzykiem. Show trwało nadal i właśnie zaczynała się kolejna piosenka.
Feet don’t fail me now
Take me to the finish line
Oh my heart it breaks every step that I take
But I’m hoping at the gates
They’ll tell me that you’re mine
Głos Luke’a rozbrzmiał miękko i rozniósł się po sali, niczym echo po rosie. Gwen poczuła dreszcze na plecach i delikatne drżenie kolan. Była gotowa rozpuścić się na sam dźwięk jego głosu, gdy delikatnie wypowiadał każde ze słów piosenki. Nigdy nie sądziła, że ich zespół może coverować Lanę Del Rey, a jednak tak było. Ciasny węzeł zacisnął się na jej żołądku, który wyrywając się wykonał podwójne salto. Jej wnętrzności jeszcze kilkukrotnie fikały koziołka, a ona modliła się o to, by nie runąć na ziemię. Miała już dosyć tego przeklętego koncertu.
Utwór dobiegł końca, a ona ledwie trzymała się na nogach. Stała szeroko z głową odchyloną do tyłu i przymrużonymi powiekami, oddychała ciężko, jakby przebiegła maraton. Nie mogła okiełznać własnego ciała. Jej kark praktycznie zlany był potem, jak jej skronie. Miała wrażenie, że nie wstrząsają nią dreszcze, lecz okropne spazmy. Nie rozumiała, co się z nią dziej. Serce biło jej trzy razy szybciej, a w środku czuła się, jakby była z waty. Wciągnęła mocno powietrze i przetarła oczy, spojrzała na Olivię, która chyba nic jednak nie zauważyła, a dopiero po chwili spojrzała na scenę. Luke był zarumieniony, jakby speszony i patrzył się w podłogę. Co było z nim nie tak?! Był gwiazdą, a przecież gwiazdy się nie peszą!
Ten utwór sprawił, że każda część jej ciała drżała w dowolnym rytmie. Każda w innym! Bała się wykonać jakikolwiek ruch, by nie zwrócić na siebie uwagi całego tłumu.
- Mam nadzieję, że wam się podobało – chrypnął Luke do mikrofonu, gdy cała sala milczała. Nagle wszyscy zaczęli bić brawo, gwizdać i krzyczeć, blondyn uśmiechnął się. – Cieszę się – powiedział i przygryzł kolczyk w wardze.
Metal błysnął w reflektorze i Gwen otrząsnęła się natychmiast.
- Teraz wykonamy już dwa ostatnie utwory tego wieczoru, jeden z nich także nie należy do nas, ale jak wiecie z naszych początków, uwielbiamy coverować – odezwał się Clifford.
Calum odłożył butelkę z wodą na podłogę i dał znak czerwonowłosemu, a później obaj zaczęli grać.
I won’t lie to you
I know he’s just not right for you
Szatyn śpiewał delikatnie z zaciśniętymi powiekami  ściągniętymi brwiami. Na jego twarzy widać było skupienie. Dopiero na refrenie jakby odpuścił, jeo twarz zmieniła wyraz, rozluźniła się.
I know I can treat you better, than he can
And any girl like you deserves a gentleman
Włączył się Hemmings gorączkowo przyglądając się każdej twarzy na widowni. Oczy rozjaśniły mu się lub po prostu zaświecił w nie reflektor, lecz Gina nie mogła oderwać od nich wzroku. A one spoglądały w jej stronę. Znowu. Chciała uciekać i chciała zostać, jakby rozdzieliła się na dwie części, które ciągnęły w dwie, zupełnie inne strony. I nagle czas popłynął jakby nieco szybciej, a utwór dobiegł końca, jednak chłopcy nie przestali grać, po prostu przeszli do następnej piosenki.
I drove by all the places
We used to hang out getting wasted
I thought about our last kiss
How it felt, the way you tasted 
Choć śpiewał Hood, Gwen nie potrafiła zwrócić się w jego kierunku. Po prostu patrzyła w oczy, których nie widziała już tyle lat. I nagle On tak po prostu się odezwał. Zaczął śpiewać swoją partię wpatrzony w jeden punkt na widowni. W Nią.
I remember the day you told me you were leaving
I remember the makeup running down your face
And the dreams you left behind you didn’t need them
Like every single wish we ever made 
Olivia szturchnęła ją delikatnie w ramię.
- Czy mi się zdaje, czy on na ciebie ciągle patrzy? – zapytała, lecz nie doczekała się odpowiedzi.
- Bo ja naprawdę sobie nie radzę…* - prawie szepnął do mikrofonu Hemmigs.
Blondyn trzymał oburącz mikrofon, spuścił głowę i zacisnął dłonie, jakby nie mógł ustać, a statyw był jego ostatnią deską ratunku. Rozległy się salwy pisków i rzęsiste brawa. Dla większego efektu zapadł mrok, lecz ludzie nadal głośno krzyczeli. Gdy reflektory ponownie oświetliły scenę, chłopcy stali razem, w równym rzędzie i uśmiechnięci obejmowali się po bratersku w pasie. Ukłonili się równocześnie, pomachali do publiczności i zbiegli ze sceny. Tłum nie zaprzestał swoim działaniom, nawet zwiększyli ilość decybeli. Crimson zwróciła się w stronę przyjaciółki.
- Idziemy? – zapytała chwytając ją za nadgarstki, by ta przestała klaskać w dłonie.
- Och, Gwen, daj się nacieszyć atmosferą, wyjdziemy za chwilę, gdy emocje odrobinę opadną – przewróciła oczami Dalton.
- No dobra, chociaż nie wiem o jakie emocje ci chodzi – marudziła zielonooka.
- Po prostu piszcz i bij brawo, może wyjdą na bis – uśmiechnęła się brunetka i zwróciła ponownie w stronę sceny.
Rudowłosa zaplotła ramiona na piersi, nie miała ochoty zdzierać sobie gardła tylko dlatego, że tłum to robił. Najwyżej będzie jedyną nastolatką, która da radę mówić normalnie, bez chrypy, czy innych utrudnień.
Poczuła, że ktoś łapie ją od tyłu za bark. Wzdrygnęła się i podskoczyła w miejscu z cichym krzykiem. Spojrzała na oprawcę, był to biały mężczyzna w szarym garniturze, z rozpiętą marynarką okalającą jego lekko odstający brzuch.
- Pójdziesz ze mną – powiedział i pociągnął ją w swoją stronę.
- Co? Nie ma takiej opcji! – wyrwała się i zrobiła krok w tył. – Liv, wychodzimy – szarpnęła koleżankę za rękę.
- Nigdzie pani nie wychodzi, idziesz ze mną – nalegał mocno ujmując jej nadgarstek w pulchne palce.
-  Puść ją pan! – syknęła Olivia.
- Jeśli nie chce pani iść sama, może iść z przyjaciółką – podsunął. – Mają panie zaproszenie za kulisy – uśmiechnął się sztucznie z udawaną uprzejmością.
- Nigdzie z panem nie pójdę! – zaprzeczyła Crimson, lecz Dalton weszła jej w słowo.
- Wejście za kulisy? – zainteresowała się brunetka.
- Nawet o tym nie myśl! – zaprotestowała Gwen.
- Gina, chyba nie sądzisz, że zaprzepaszczę szansę na osobiste poznanie członków mojego ulubionego zespołu! – pisnęła cicho z podekscytowania.
Ognistowłosa spojrzała na jej rozpromieniona twarz i wiedziała, że i tak nie da rady z nią wygrać.
- Niech pan prowadzi – powiedziała kapitulując.
Mężczyzna uśmiechnął się do nich i odwrócił na pięcie.

- Chodźcie za mną – machnął ręką.

=====================================================
Hejka!
Nie myślcie sobie, że o Was zapomniałam Luginashipers! XD Właśnie stworzyłam nowy fandom. LOL! Ale nie powiem, że czuję się z tym źle - wręcz przeciwnie! To ostatni przed świętami rozdział LH-moja miłość, ale nie martwcie się - widzimy się w 2017 roku!
Z okazji zbliżających się świąt, chciałabym życzyć wszystkim: miłej, rodzinnej atmosfery, śniegu na bałwana, miłości [ nie ważne jakiej], szczęścia, ciepła, słodkiego 'kakałka', karpia bez ości i duuuużo radości! Udanego Sylwka i szczęśliwego Nowego Roku!
Do następnego!
Monika Karolina xxx