poniedziałek, 19 grudnia 2016

Chapter nine: Make it feel like home…

Gwen przeciskała się przez tłum, żegnając świeże powietrze. Z utęsknieniem spojrzała przez ramię na drzwi za jej plecami. Najchętniej uciekłaby do domu i ukryła się w ciemnym pokoju pod kołdrą, ale wiedziała, że nie może tego zrobić. To bardzo zraniłoby Olivię. Prosiła stopy, by jej nie zawiodły i doprowadziły do celu, mety, którą była jej przyjaciółka. Miała wrażenie, że już i tak nic gorszego nie może się wydarzyć, więc postanowiła brnąć w to dalej. Gdy w końcu przecisnęła się do przyjaciółki, była zbyt zawstydzona by spojrzeć na scenę. Szturchnęła koleżankę w bok, a ona spojrzała w jej stronę od razu.
- Gwen, nic ci nie jest! – przytuliła ją szybko. – Chciałam za tobą wyjść, ale jakiś gość zastawił mi drogę i powiedział, że przepuści mnie dopiero, gdy dam mu swój numer. Palant – przewróciła oczami i machnęła ręką. – Dlaczego uciekłaś? – zmarszczyła czoło.
- J-ja… brakowało mi świeżego powietrza – Gina uśmiechnęła się blado. Postanowiła skłamać, w tym świetle i tak Liv nie mogła dojrzeć fałszu w jej oczach.
- Ale już ci lepiej, tak? – dopytywała brunetka.
- Ugh! Tak, już mi lepiej! – warknęła ognistowłosa i parę osób spojrzało na nią. – Możesz nie zadawać tylu pytań?! Choć raz w życiu mi odpuść! – zagrzmiała. – Proszę – dodała skruszona swoją postawą.
Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Miała wrażenie, że wszystkie emocje wymieszały się i teraz na zmianę próbują przejąć nad nią kontrolę.
- Dobrze, ale jutro porozmawiamy – powiedziała poważnie Olivia. Gwen wiedziała, że przyjaciółka jej nie odpuści. Cieszyła się, że dostanie jednak choć trochę czasu, żeby odpocząć od natrętnych pytań.
- Kochani, ponieważ zaginęła nam heartbreak girl, więc w sumie zachowała się jak typowy łamacz serc, chcemy wykonać teraz pewien cover – odezwał się Calum. – Mieliśmy w planach wykonanie go dzisiaj na pożegnanie, ale… Cóż, plany się nieco zmieniły – uśmiechnął się krzywo i spojrzał przelotnie na Luke’a, który wpatrzony był w widownię. Jego wzrok wręcz błądził po tłumie. Rudowłosa skuliła się w sobie, mając wrażenie, że jej szuka. Nie chciała by znowu ją znalazł. Spojrzała na niego pomiędzy głowami innych ludzi, ale nie zatrzymała na nim swojego wzroku. Spojrzała na czerwonowłosego Michaela, a następnie smagnęła spojrzeniem wyłaniającą się zza perkusji postać Irwina. Olivia, jakby wiedząc, na kogo spogląda, złapała ją za dłoń i uścisnęła mocno.
- Ashton na żywo jest jeszcze przystojniejszy! – zapiszczała gdzieś koło jej ucha.
Crimson przewróciła oczami. Czyżby panna Dalton po raz kolejny zaczynała? Gwen miała nadzieję, że się myli. Olivia była fanką 5 Seconds Of Summer, to nie mogło podlegać dyskusji! Czasem Gina zastanawiała się, dlaczego nie poprosiła o zmianę pokoju zaraz po tym, gdy zobaczyła pierwszy plakat nad łóżkiem współlokatorki. Luke po prostu spoglądał z samego centrum wprost na nią, gdy się uczyła, relaksowała, albo nawet czytała. A mimo to postanowiła zostać. Dlaczego? Bo uznała, że dobrze mieć jego zdjęcie przy sobie, chociaż w taki sposób. Oczywiście, czuła ból, gdy patrzyła na jego roześmianą twarz obrastającą w coraz większą sławę, ale wiedziała też, że czasu nie da się cofnąć. Mimo wszystko, jej uczucia nie zmieniały się co do niego. Wierzyła, że kiedyś wróci, stanie na progu jej domu i opowie jej, jak bardzo za nią tęsknił. Ale to się nigdy nie wydarzyło. Miała nadzieję, że gdzieś, w środku tego chłopaka, jest ten nieporadny chłopiec – jej przyjaciel.
Ashton Irwin wystukał rytm na swoich pałeczkach po czym głośno uderzył w talerze, a następnie weszły gitary. Tłum po raz kolejny rozdarł powietrze swoim krzykiem. Show trwało nadal i właśnie zaczynała się kolejna piosenka.
Feet don’t fail me now
Take me to the finish line
Oh my heart it breaks every step that I take
But I’m hoping at the gates
They’ll tell me that you’re mine
Głos Luke’a rozbrzmiał miękko i rozniósł się po sali, niczym echo po rosie. Gwen poczuła dreszcze na plecach i delikatne drżenie kolan. Była gotowa rozpuścić się na sam dźwięk jego głosu, gdy delikatnie wypowiadał każde ze słów piosenki. Nigdy nie sądziła, że ich zespół może coverować Lanę Del Rey, a jednak tak było. Ciasny węzeł zacisnął się na jej żołądku, który wyrywając się wykonał podwójne salto. Jej wnętrzności jeszcze kilkukrotnie fikały koziołka, a ona modliła się o to, by nie runąć na ziemię. Miała już dosyć tego przeklętego koncertu.
Utwór dobiegł końca, a ona ledwie trzymała się na nogach. Stała szeroko z głową odchyloną do tyłu i przymrużonymi powiekami, oddychała ciężko, jakby przebiegła maraton. Nie mogła okiełznać własnego ciała. Jej kark praktycznie zlany był potem, jak jej skronie. Miała wrażenie, że nie wstrząsają nią dreszcze, lecz okropne spazmy. Nie rozumiała, co się z nią dziej. Serce biło jej trzy razy szybciej, a w środku czuła się, jakby była z waty. Wciągnęła mocno powietrze i przetarła oczy, spojrzała na Olivię, która chyba nic jednak nie zauważyła, a dopiero po chwili spojrzała na scenę. Luke był zarumieniony, jakby speszony i patrzył się w podłogę. Co było z nim nie tak?! Był gwiazdą, a przecież gwiazdy się nie peszą!
Ten utwór sprawił, że każda część jej ciała drżała w dowolnym rytmie. Każda w innym! Bała się wykonać jakikolwiek ruch, by nie zwrócić na siebie uwagi całego tłumu.
- Mam nadzieję, że wam się podobało – chrypnął Luke do mikrofonu, gdy cała sala milczała. Nagle wszyscy zaczęli bić brawo, gwizdać i krzyczeć, blondyn uśmiechnął się. – Cieszę się – powiedział i przygryzł kolczyk w wardze.
Metal błysnął w reflektorze i Gwen otrząsnęła się natychmiast.
- Teraz wykonamy już dwa ostatnie utwory tego wieczoru, jeden z nich także nie należy do nas, ale jak wiecie z naszych początków, uwielbiamy coverować – odezwał się Clifford.
Calum odłożył butelkę z wodą na podłogę i dał znak czerwonowłosemu, a później obaj zaczęli grać.
I won’t lie to you
I know he’s just not right for you
Szatyn śpiewał delikatnie z zaciśniętymi powiekami  ściągniętymi brwiami. Na jego twarzy widać było skupienie. Dopiero na refrenie jakby odpuścił, jeo twarz zmieniła wyraz, rozluźniła się.
I know I can treat you better, than he can
And any girl like you deserves a gentleman
Włączył się Hemmings gorączkowo przyglądając się każdej twarzy na widowni. Oczy rozjaśniły mu się lub po prostu zaświecił w nie reflektor, lecz Gina nie mogła oderwać od nich wzroku. A one spoglądały w jej stronę. Znowu. Chciała uciekać i chciała zostać, jakby rozdzieliła się na dwie części, które ciągnęły w dwie, zupełnie inne strony. I nagle czas popłynął jakby nieco szybciej, a utwór dobiegł końca, jednak chłopcy nie przestali grać, po prostu przeszli do następnej piosenki.
I drove by all the places
We used to hang out getting wasted
I thought about our last kiss
How it felt, the way you tasted 
Choć śpiewał Hood, Gwen nie potrafiła zwrócić się w jego kierunku. Po prostu patrzyła w oczy, których nie widziała już tyle lat. I nagle On tak po prostu się odezwał. Zaczął śpiewać swoją partię wpatrzony w jeden punkt na widowni. W Nią.
I remember the day you told me you were leaving
I remember the makeup running down your face
And the dreams you left behind you didn’t need them
Like every single wish we ever made 
Olivia szturchnęła ją delikatnie w ramię.
- Czy mi się zdaje, czy on na ciebie ciągle patrzy? – zapytała, lecz nie doczekała się odpowiedzi.
- Bo ja naprawdę sobie nie radzę…* - prawie szepnął do mikrofonu Hemmigs.
Blondyn trzymał oburącz mikrofon, spuścił głowę i zacisnął dłonie, jakby nie mógł ustać, a statyw był jego ostatnią deską ratunku. Rozległy się salwy pisków i rzęsiste brawa. Dla większego efektu zapadł mrok, lecz ludzie nadal głośno krzyczeli. Gdy reflektory ponownie oświetliły scenę, chłopcy stali razem, w równym rzędzie i uśmiechnięci obejmowali się po bratersku w pasie. Ukłonili się równocześnie, pomachali do publiczności i zbiegli ze sceny. Tłum nie zaprzestał swoim działaniom, nawet zwiększyli ilość decybeli. Crimson zwróciła się w stronę przyjaciółki.
- Idziemy? – zapytała chwytając ją za nadgarstki, by ta przestała klaskać w dłonie.
- Och, Gwen, daj się nacieszyć atmosferą, wyjdziemy za chwilę, gdy emocje odrobinę opadną – przewróciła oczami Dalton.
- No dobra, chociaż nie wiem o jakie emocje ci chodzi – marudziła zielonooka.
- Po prostu piszcz i bij brawo, może wyjdą na bis – uśmiechnęła się brunetka i zwróciła ponownie w stronę sceny.
Rudowłosa zaplotła ramiona na piersi, nie miała ochoty zdzierać sobie gardła tylko dlatego, że tłum to robił. Najwyżej będzie jedyną nastolatką, która da radę mówić normalnie, bez chrypy, czy innych utrudnień.
Poczuła, że ktoś łapie ją od tyłu za bark. Wzdrygnęła się i podskoczyła w miejscu z cichym krzykiem. Spojrzała na oprawcę, był to biały mężczyzna w szarym garniturze, z rozpiętą marynarką okalającą jego lekko odstający brzuch.
- Pójdziesz ze mną – powiedział i pociągnął ją w swoją stronę.
- Co? Nie ma takiej opcji! – wyrwała się i zrobiła krok w tył. – Liv, wychodzimy – szarpnęła koleżankę za rękę.
- Nigdzie pani nie wychodzi, idziesz ze mną – nalegał mocno ujmując jej nadgarstek w pulchne palce.
-  Puść ją pan! – syknęła Olivia.
- Jeśli nie chce pani iść sama, może iść z przyjaciółką – podsunął. – Mają panie zaproszenie za kulisy – uśmiechnął się sztucznie z udawaną uprzejmością.
- Nigdzie z panem nie pójdę! – zaprzeczyła Crimson, lecz Dalton weszła jej w słowo.
- Wejście za kulisy? – zainteresowała się brunetka.
- Nawet o tym nie myśl! – zaprotestowała Gwen.
- Gina, chyba nie sądzisz, że zaprzepaszczę szansę na osobiste poznanie członków mojego ulubionego zespołu! – pisnęła cicho z podekscytowania.
Ognistowłosa spojrzała na jej rozpromieniona twarz i wiedziała, że i tak nie da rady z nią wygrać.
- Niech pan prowadzi – powiedziała kapitulując.
Mężczyzna uśmiechnął się do nich i odwrócił na pięcie.

- Chodźcie za mną – machnął ręką.

=====================================================
Hejka!
Nie myślcie sobie, że o Was zapomniałam Luginashipers! XD Właśnie stworzyłam nowy fandom. LOL! Ale nie powiem, że czuję się z tym źle - wręcz przeciwnie! To ostatni przed świętami rozdział LH-moja miłość, ale nie martwcie się - widzimy się w 2017 roku!
Z okazji zbliżających się świąt, chciałabym życzyć wszystkim: miłej, rodzinnej atmosfery, śniegu na bałwana, miłości [ nie ważne jakiej], szczęścia, ciepła, słodkiego 'kakałka', karpia bez ości i duuuużo radości! Udanego Sylwka i szczęśliwego Nowego Roku!
Do następnego!
Monika Karolina xxx

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Chapter eight: I want look in your eyes

Witajcie,
Z tej strony Wasz "Szujowaty Polsat", że pozwolę sobie zacytować komentarz. Wracam z tym, jakże upragnionym, rozdziałem i mam nadzieję, że się Wam spodoba. 
Pozdrawiam Agacię xxx

============================================

Stanęły jedynie kilka rzędów od podestu, na którym grał zespół. Gwen miała wrażenie, że jego błękitne oczy są jedynym, na co może w tamtej chwili patrzeć. Jego wzrok błądził po sali, aż zatrzymał się na jednym punkcie i zielonooka była pewna, że ją zobaczył. Muzyka nadal dudniła w głośnikach, chłopcy właśnie skończyli śpiewać refren „She Looks So Perfect”, ale Luke nie wypowiedział ani słowa. Po prostu na nią patrzył, bez mrugania. Jego twarz kompletnie straciła wyraz, jakby pobladł. Calum przejął inicjatywę i zaczął śpiewać za blondyna, ale każdy doskonale wiedział, że coś jest nie tak.
Luke obrócił się tyłem do widowni i powiedział coś do Ashtona, który zrobił wielkie oczy oraz zacisnął wargi w wąską linię. Piosenka dobiegła końca, a tłum po raz kolejny podniósł wrzawę. Wszyscy skakali, krzyczeli i piszczeli, nawet Olivia, ale Gwen zaschło w gardle. Chciała się gdzieś ukryć, byle nie zobaczył jej ponownie. Co chwilę czuła uderzenia gorąca i gulę, która z każdym oddechem rosłą co raz bardziej.
- Moi drodzy – odezwał się Calum. Hałas nabrał na sile. – Teraz zagramy, specjalnie dla was, Heartbreak Girl – oznajmił. Wszystkie dziewczyny zapiszczały, aż Gwen miała wrażenie, że budynek zatrzeszczał od natężenia dźwięku.
- Mamy dla was niespodziankę – wtrącił się Luke. Calum wydawał się być zbity z tropu. – Dziś wybierzemy z widowni jedną dziewczynę, która zostanie naszą heratbreak girl – szatyn zmarszczył czoło i obrzucił spojrzeniem resztę zespołu.
Wszystkie dziewczyny zapiszczały ponownie i zaczęły krzyczeć, żeby to je wybrał. Gwen stała i milczała, zupełnie, jakby była na baterie, które właśnie się wyczerpały. Ashton wyszedł zza perkusji i podbiegł do swojego kumpla, a później zabrał mu mikrofon i wysłuchał tego, co ma mu do powiedzenia.
- Pozwólcie nam się zastanowić – zaśmiał się do mikrofonu Irwin. – Luke wybierze ją spośród tłumu, gdy będziemy grać ten kawałek, dobrze? – nadstawił ucho do publiczności, która ryknęła entuzjastycznie. Oddał kumplowi mikrofon i pobiegł za swój instrument, a następnie zaczął grać.
Po zaśpiewaniu pierwszej zwrotki Hemmings zwrócił się twarzą do Crimson, która skuliła się w sobie pod jego wzrokiem. Trzej członkowie zaczęli śpiewać refren, a blondyn wyjął swój mikrofon ze statywu i podszedł do krawędzi sceny.
- Czy mogę prosić na scenę rudowłosą dziewczynę z trzeciego rzędu? – zapytał i uśmiechnął się pokazując idealnie białe zęby.
Gwen poczuła, jak krew odpływa jej z mózgu, a przed oczami zatańczyły mroczki. Miała wrażenie, że zachwilę runie na ziemię na oczach tych wszystkich ludzi, ale wtedy poczuła szturchnięcie w bok. To Olivia, która zauważyła, że ta nie może się ocknąć.
- Gwen, idź. To o ciebie chodzi – uśmiechnęła się szeroko, ewidentnie rozentuzjazmowana. Gina poczuła, jak jej drobna dłoń wypycha ją przed tłum.
Dziewczyna zadarła głowę, była jedynie metr niżej niż jego głowa. Chłopak wystawił w jej stronę dłoń. Osiemnastolatka obejrzała się przez ramię i spojrzała na przyjaciółkę, która zachęcająco kiwała głową, więc chwyciła jego dłoń i wyszła na scenę, czując mrowienie w każdym milimetrze jej ciała.
Stanęła obok Luke’a, który wyciągnął ją na środek sceny i starała się spojrzeć na widownię, ale oślepił ją reflektor z drugiego końca sali. Nie wiedziała, jakim cudem Luke ją zauważył, bo ona nie mogła zobaczyć nic, dopiero z czasem jej wzrok przyzwyczaił się do światła. Każdy chłopak śpiewał, lecz ona nie słyszała żadnego, poza Hemmings’em. Spojrzała z bliska w jego oczy – tak roześmiane i błękitne, jak kiedyś. Ale to już nie był ten Luke, którego znała. Tamten Luke by jej nie zostawił, próbowałby się z nią skontaktować, nie porzuciłby ich przyjaźni od tak. W tamtym momencie Gina zastanawiała się, jak dawno zaszła w nim przemiana, ale nie potrafiła tego określić. Jego wzrok błądził po jej twarzy, a on śpiewał tylko do niej. Tylko dla niej.
Zielonooka nie mogła pojąć, co go podkusiło do wywołania jej na scenę. Czy ją poznał? Przecież minęły lata, a ona zmieniła się niesamowicie. Zresztą z nim było podobnie. Nadal był Luke’iem Hammings’em, tylko jego szczęka zarysowała się nieco mocniej, a twarz zrobiła bardziej pociągła.
Gdy utwór dobiegł końca chciała po prostu uciekać, gdzie pieprz rośnie, ale gdy tylko ruszyła się z miejsca chłopak ujął delikatnie jej nadgarstek, a drugą ręką zasłonił mikrofon.
- Zostań – powiedział lekko łamiącym się głosem. Dziewczyna pokręciła przecząco głową. – Chociaż jedną piosenkę – poprosił spoglądając jej prosto w oczy.
Nie potrafiła mu odmówić. Trwali tak przez chwilę, aż Clifford zorientował się, że nikt nie ma zamiaru zapowiedzieć następnej piosenki, więc on się tego podjął, choć nie powinien.
- Kochani, teraz wykonamy utwór Vapor. Mamy nadzieję, że nam pomożecie. Gotowi? – rzucił.
Tłum odpowiedział chóralnie. Luke obrócił się przez ramię na czerwonowłosego i skinął głową. Gwen uznała, że to odpowiednia pora na odwrócenie wzroku, więc po prostu to zrobiła. Spuściła wzrok i podrapała się po skrzydełku nosa. Jakiś mężczyzna przyniósł jej krzesło barowe, a za chwilę dostawił drugie dla stojącego dwudziestolatka. Gina nie miała bladego pojęcia, jak powinna się zachować, ale po prostu usiadła na krześle. Luke powrócił na nią wzrokiem i także usiadł na krześle. Oparł na swoich udach gitarę i zaczął delikatnie muskać jej struny, wykonując utwór akustycznie.
I’ll take what you got, got, got
I know it’s not a lot, lot, lot
Cos I just need another hit
You’re the thing that I can’t quit*
Chłopak przez cały czas nie spuszczał z niej wzroku, jedynie przy zmianie akordów zerkał ukradkiem na instrument. Dziewczyna czułą się speszona, wiedziała, że wszyscy na nią patrzą i denerwowała się tym. Miała wrażenie, że cały ten tłum śpiewa do niej. Wiedziała także, że to jedynie piosenka, ale doszukiwała się w tych słowach prawdy. Lecz nie mogła jej znaleźć. Luke porzucił ją już dawno, teraz już nie mógł mówić o tym, że tego nie chce. Zrobił to. Teraz już było za późno.
Poczuła jak emocje w niej wzbierają i zerwała się z krzesła, a potem zbiegła ze sceny i przeciskając się przez tłum z uniesionymi rękami, w których trzymali telefony z włączonymi latarkami, a z ich ust wypływały kolejne słowa tej piosenki. Gwen wybiegła przed klub i opadła na kolana, a później usiadła na piętach. Płakała, to był jedyny sposób, w który potrafiła teraz wyrazić rządzące jej ciałem emocje.
Ze środka lokalu dobiegły ostatnie słowa piosenki, a chwilę później ktoś podniósł ją z chodnika za łokieć i okrył ramiona marynarką. To był ochroniarz. Zwykły, wysoki, łysy, biały mężczyzna.
- Zmarznie pani – odpowiedział na jej pytający wzrok. – Niech pani wróci do środka, inaczej bilet się zmarnuje.
Gwen potaknęła głową, oddała mu marynarkę i wróciła do klubu i do Olivii. Nie mogła jej zostawić samej, to ona zapłaciła za bilet – była jej to winna.

==============================

* Wezmę, co masz
Wiem, że to nie wiele
Bo potrzebuję kolejnego impulsu
Jesteś tym, czego nie mogę porzucić*

Powyższe tłumaczenie należy do mnie, więc może nie być zbyt dobre, ale mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza. Tłumaczę tak, żeby pasowało do kontekstu ;) A może i nie? W sumie to najpierw sobie tłumaczę, a później piszę, więc... A, nieważne, 'hu kers?' XD
Mam nadzieję, że się rozdział spodobał, zapraszam do komentowania. 
Pozdrawiam, do następnego,
Monika Karolina

poniedziałek, 21 listopada 2016

Chapter seven: Restless noise

Gina źle spała tej nocy, chciało jej się płakać od wspomnień związanych z chłopcem, a poza tym, Olivia strasznie wierciła się przez sen, a zasnęła w łóżku Gwen. Rudowłosa skończyła śniadanie i umyła talerz po sobie i przyjaciółce, która już była w jej pokoju i szukała odpowiednich na koncert ubrań.
- Nie sądzisz, że mamy jeszcze czas na wybór ubrania? – zapytała, gdy weszła do swojego pokoju.
- Absolutnie nie. Chcę jeszcze zwiedzić okolicę, a jeśli się uda to całe miasteczko. Później wrócimy, odświeżymy się i przebierzemy, a ja zrobię nam makijaż. Ty nigdy się nie malujesz – paplała bez przerwy.
- Nie chcę, żebyś mnie malowała. Zgadzam się nawet na ubranie, ale nie na makijaż. Nie lubię tego – stwierdziła siadając na łóżku.
- W takim razie zrobię ci delikatny makijaż, dobrze? Taki jak mój do szkoły – spojrzała na nią wielkimi oczami.
- No dobrze. W takim razie szukaj dalej, ja poczytam…
Olivia podskoczyła, jakby ktoś polał ją po plecach wrzątkiem.
- Co zamierzasz czytać? – podniosła wysoko brwi.
- Dumę i uprzedzenie? – odpowiedziała unosząc barki.
- Już wolę, żebyś rozwiązywała sudoku! – prychnęła brunetka.
- To niesprawiedliwe!
- Nieprawda! Ja tylko nie chcę, żebyś zatruwała sobie mózg tymi pełnymi dramatyzmu książkami! – obruszyła się Liv.
- Przesadzasz – bąknęła Gwen.
- Ani mi się waż sięgać po tę książkę! – przestrzegła ją palcem wskazującym, jak małe dziecko.
- Dobrze, mamo – burknęła rudowłosa i sięgnęła do szuflady stolika nocnego. – W takim razie, będę robić sudoku – uśmiechnęła się i zasiadła na łóżku.

Około dwie godziny później Ginie skończyły się już sudoku, więc zapytała Livię, czy jest już gotowa. Brunetka odpowiedziała, że czekała, aż skończy, więc w końcu wyszły z domu. Była czternasta i na ulicach nie było tłumów, tylko pojedyncze osoby lub kilkuosobowa grupka młodzieży cieszącej się wakacjami. Olivia nalegała, żeby obeszły całe miasto, więc Gwen poprowadziła ją zawiłymi ścieżkami, by ta nie zorientowała się, że to jedynie część. Ginie nie chciało się chodzić bez sensu pół dnia po mieście. Gdy wróciły było wpół do osiemnastej, bo zatrzymały się na gofry i lody oraz posiedziały trochę na plaży. Olivia stwierdziły, że teraz mają strasznie mało czasu, ale Gwen zachowała zimną krew i pozwoliła by koleżanka jako pierwsza skorzystała z łazienki. Liv nie siedziała w niej zbyt długo, żeby nie tracić czasu. Wzięła tylko prysznic i wyszła w samym ręczniku.
Gwen poszła do łazienki i wzięła prysznic oraz przejechała nogi maszynką, ponieważ nie była pewna, czy nie będzie musiała ubrać spódnicy, a nie chciała drażnić się z Olivią. Następnie wyszła z łazienki i weszła do pokoju. Było w nim niezwykle cicho i pusto, jakby panny Dalton w ogóle nie było w domu. Ale była i około piętnaście minut później wpadła do jej pokoju z ubraniami i kosmetykami oraz wzięła się za szykowanie przyjaciółki.
Gina czuła się, jakby brała udział w jednym z tych programów, gdzie ich bohaterki przechodzą nieziemską metamorfozę z Brzydkiego Kaczątka w Łabędzia. Liv zaplotła jej końcówki włosów na dużych wałkach, by odrobinę się pofalowały, a następnie dała jej czarną sukienkę przed kolano w drobne różowe kwiatki. Gwen założyła ją, ale Olivii się nie spodobał efekt końcowy, więc przebrała koleżankę w ciemne spodnie i czarny crop-top z logo Nirvany.
- Powinno być dobrze, mi się podoba – podsumowała, a następnie wzięła się za makijaż.
Crimson te wszystkie zabiegi wydały się niepotrzebne, ale nie sprzeciwiała się. Nawet podobał jej się strój, który dostała od przyjaciółki, lecz ta szybko zmieniła zdanie i kazała jej ściągnąć spodnie i założyć czarną spódnicę oraz tenisówki, co w sumie nie wyglądało tak źle. W końcu brunetka odłożyła wszystko i przyjrzała się swojemu dziełu.
- Jak dla mnie świetnie. A teraz szybciutko się zbieraj, bo chyba powinnyśmy już iść – uznała i wyszła, a po chwili wróciła zaopatrzona w małą torebeczkę. Gwen także pomyślała o tym wcześniej, więc chwyciła swoją i wyszły, krzycząc babci na pożegnanie.
Gina nie wiedziała, jaki zespół ma grać koncert, ale Liv podała jej nazwę klubu, więc nie miały problemu z dotarciem. Szły na tyle szybko, że w połowie drogi były pół godziny później, ale Olivia i tak była pewna, że są już spóźnione. Nie były. Gdy dotarły do klubu, zastały wielki tłum ludzi kierujących się do wejścia. Golden Harbor nie było zbyt rozrywkowym miasteczkiem, więc gdy tylko nadarzała się okazja, na wydarzeniu zjawiała się większa część mieszkańców. Na szczęście klub był pojemny.
Brunetka stwierdziła, że aby zdążyć na czas do środka powinny przecisnąć się w tłumie i tak zrobiły, ale gdy weszły do środka zauważyły, że cały tłum jednak nie zmieści się do środka, bo dużo osób już była w środku i panował tam ścisk.
Na jednej ze ścian Gwen zauważyła plakat informujący o wydarzeniu. Odczytała nazwę zespołu i zamarłą. Jak mogła nie wiedzieć? Nagle jeden z reflektorów zaświecił jej prosto w oczy i oślepił ją, a przyjaciółka chwyciła jej drobny nadgarstek i szarpnęła w swoją stronę.
- Chodź, musimy przecisnąć się głębiej. Nie po to wcześniej kupiłam bilet, żeby teraz nie zobaczyć ich na żywo – marudziła Olivia.
- Liv, ja… Ja muszę wyjść – oznajmiła Gina i próbowała wyszarpnąć nadgarstek z uścisku.
- Chyba żartujesz, nie wypuszczę cię teraz – skwitowała brunetka i pociągnęła ją głębiej w tłum obcych ciał.
Crimson czuła jak jej żołądek zwija się w kłębek i fika jedno  salto za drugim, było jej niedobrze, chciała się wycofać, ale nie mogła. Usłyszała wokół siebie niespokojny hałas, okropny, przenikliwy pisk wchodzący gdzieś w jej ciało. Tłum zaczął piszczeć i bić brawo, więc podniosła wzrok.
Na scenę wyszli członkowie zespołu 5 Seconds of Summer. Gitary zawyły równocześnie i rozległy się ich głosy. Gina ponownie zamarła. To było tak dziwne, słyszeć go ponownie na żywo po tylu latach rozłąki. Miała ochotę stamtąd uciekać, a równocześnie wbiec na scenę i wszystko wykrzyczeć mu w twarz. Jeszcze nigdy nie przeżyła takiego konfliktu wewnętrznego, jak wtedy. Chciało jej się krzyczeć i płakać, zapaść pod ziemię i pokazać mu, że tu jest, wszystkie te samotne lata i złe wspomnienia powracały falami i uderzały w nią, jak o falochron. Stała i patrzyła na jego dojrzałe rysy twarzy, blond włosy ułożone w modną fryzurę, czarny kolczyk w wardze, modne ubranie i jego ręce sprawnie muskające struny gitary.
Olivia ponownie pociągnęła ją za sobą, były co raz bliżej sceny. Gina wzdrygnęła się, gdy ktoś przez przypadek dotknął jej ramienia. Jej ciśnienie wzrosło, serce waliło jak młot, a ona była prawie pewna, że zaraz będzie ją słychać bardziej niż instrumenty i  wokal chłopaków stojących na scenie.

Stanęły jedynie kilka rzędów od podestu, na którym grał zespół. Gwen miała wrażenie, że jego błękitne oczy są jedynym, na co może w tamtej chwili patrzeć. Jego wzrok błądził po sali, aż zatrzymał się na jednym punkcie i zielonooka była pewna, że ją zobaczył.

______________________________________________

TUM-TUM-TUUUM!
A teraz czekajcie dwa tygodnie na nowy rozdział *śmieje się złowrogo* ... *śmieje się jeszcze bardziej złowrogo*
Do następnego!
Paa! xxx

poniedziałek, 14 listopada 2016

Chapter Six: Endless Loneliness

Hej, myszki!
Wybaczcie, wiem, że mam poślizg, ale nie martwcie się następny rozdział pojawi się za tydzień :)

/////////////////////////////////////////////////////////

Luke wiedział, że powinien wyspać się tej nocy, lecz nie mógł wyprzeć z głowy wspomnienia tej rudowłosej dziewczyny, w białym swetrze. Nawet, gdy udało mu się zamknąć oczy i zasnąć, widział jej rozwiane włosy i roześmianą twarz. Jak mogła teraz wyglądać, skoro była jego brytyjskim wspomnieniem? Minęło tak wiele lat, że sam już przestał je liczyć. Pamiętał nawet pierwszy dzień w nowej szkole i słowa powtarzane jak mantrę: „Jestem Luke Hemmings, mam dwanaście lat, przyjechałem z Golden Harbor w Wielkiej Brytanii”. Każdy przedmiot przez pierwszy tydzień zaczynał dokładnie tymi słowami, co było niezwykle nudne i irytujące. Chłopiec nie potrafił się odnaleźć w nowej szkole, ale wiedział, że jakoś będzie sobie musiał poradzić. I po jakimś czasie poznał kilku nowych kolegów, a później samo się wszystko ułożyło i mały Hemmings zapomniał o dawnym życiu w Wielkiej Brytanii.
Luke po raz kolejny przekręcił się na plecy i westchnął głośno.
- Dlaczego to dla mnie tak ważne? – zapytał sam siebie, przymknął powieki.

- Luke, wstawaj! – ciszę rozerwał głośny krzyk Clifforda.
- Mike, wyjdź – mruknął i zakrył głowę kołdrą, ale sekundę później ją z siebie zerwał. – Czekaj, ja spałem? – zdziwił się siadając.
Czerwonowłosy spojrzał na niego, unosząc prawą brew.
- Jest dziesiąta, menager cię zabije, jeśli za raz nie zejdziesz na dół i nie wsiądziesz do busa – stwierdził Michael i wyszedł trzaskając drzwiami.
- Zasnąłem! – ucieszył się Luke. Jego ostatnie noce były męczące, więc teraz był zwyczajnie zdziwiony, że wreszcie udało mu się przespać całą noc.
Przetrwał całą noc w niekończącej się samotności i był z tego bardzo dumny.
Chłopak w pośpiechu przebiegł korytarzem i wpadł do windy przeczesując włosy ręką. Wiedział, że w dzień występu powinien lepiej zadbać o wygląd zewnętrzny, ale uznał, że to nie jest ważne. Gdy tylko drzwi się otworzyły, wypadł pędem na duży hol hotelowy i podbiegł do wyjścia, gdzie czekał na niego menager z termosem i kanapką w obydwu dłoniach. Szybko podał chłopakowi jedzenie i otworzył drzwi samochodu, w którym czekała reszta zespołu.
- Jak się spało, księżniczko? – zapytał menager, gdy usadowił się na przednim siedzeniu i odwrócił przez lewe ramię.
- Wyjątkowo dobrze – Luke uśmiechnął się i spojrzał na przyglądającego się mu Ashtonowi.
Irwin uśmiechnął się, słysząc, że stan kumpla poprawił się, ale to był jedyny kontakt jaki nawiązali podczas drogi do klubu, w którym mieli zagrać koncert. Choć Ash siedział obok zdawał się nie zwracać uwagi na przytulonego do okna Luke’a, chłopcy ciągle wygłupiali się i śpiewali, ale po drodze blondyn zdążył stracić humor na głupoty i ponownie zaczął rozmyślać od rudowłosej.  
W nocy musiał padać deszcz, ponieważ okna ich samochodu były mokre od kropli wody. Gdyby nie to, że Luke siedział przy drzwiach, pewnie nawet by nie zauważył, że są już na miejscu, ale perkusista szturchnął go w ramię i ponaglił.
Klub był dość obskurny i nie wyglądał zbyt zachęcająco, ale przecież nie mogli spodziewać się czegoś ekskluzywnego, w końcu ich typ muzyki nie pasowałby to takiego miejsca. Ale tutaj wydawał się pasować prawie idealnie. Luke przełknął ślinę zdając sobie sprawę, jak duszno będzie, gdy zejdą tu ludzie, ale starał się tym nie przejmować. Zwykle grali na wpół otwartej przestrzeni, a tu mieli grać w klubie, co było nieco odmienne, ale nikomu zdawało się to nie przeszkadzać, więc Hemming po prostu się nie odezwał na ten temat.
O jedenastej zaczęła się próba, i chłopcy zaczęli dostrajać gitary oraz rozgrzewać swoje aparaty gębowe. Gdy Calum zaczął podśpiewywać „She looks so perfect” przed sceną stanął menager i gwizdnął, by zwrócili na niego uwagę.
- Catering przyszedł. Zjedzcie coś, macie pół godziny przerwy, a później kontynuujcie próbę. Macie jeszcze cztery godziny – poinformował i wszedł za kulisy.
Luke odłożył gitarę i powlókł się do reklamówki, a następnie wyjął z niej styropianowe pudełko z czarnym napisem wykonanym markerem ‘Luke’. W środku czekała na niego sałatka z kurczakiem, na co skrzywił się – liczył na coś bardziej pożywnego. Sięgnął po termos z kawą, który dostał przy wyjściu z hotelu i upił nieco gorzkiego napoju. Dreszcze wstrząsnęły jego ciałem, więc przymknął oczy i odchylił głowę do tyłu, gdy je otworzył obok siedział Ashton.
- Wyspałeś się? – zapytał otwierając swoje pudełko. Brunet miał w nim coś o konsystencji sosu mięsnego.
- Wiesz, że tak? – przyznał blondyn.
- Czyli sprawa rudej jest przedawniona? – wziął kawałek mięsa na widelec i wsadził go sobie do buzi.
- Po przebudzeniu sądziłem, że tak, ale w samochodzie znowu wróciła…
- Kto wrócił? – zainteresował się Calum, przysiadający po drugiej stronie Luke’a.
- Nikt… - uciął Hemmings i spojrzał na swoją sałatkę. – Dlaczego ja dostałem jakieś zdrowe zielsko, a wy macie mięsny sos? – zainteresował się zawartością pudełka gitarzysty.
- Za kare, moje słonko – dobiegł ich głos menagera. – Mike, twoja matka na linii – podał chłopakowi telefon.
Czerwonowłosy uśmiechnął się i wziął komórkę od mężczyzny, a później pobiegł za kulisy.
- Jak dziecko… - mężczyzna pokręcił głową. – Słuchajcie, mam dla was dobrą wiadomość. Przez cały występ drzwi do sali będą otwarte, a klimatyzacja włączona. Dodatkowo, mają specjalny nawiew z chłodnym powietrzem, więc nie powinniście się zbytnio spocić. Co więcej, mają tutaj okna, które otworzą na godzinę przed waszym występem, żeby tłum nie zrobił duchoty – poinformował ich. – Najedliście się? – wsadził ręce w kieszenie. – Nie mamy dużo czasu, gdy Michael wróci, macie zacząć próbę.
- Oczywiście – uśmiechnął się Ashton i zaczął szybciej przebierać w swoim sosie.
Chłopcy zjedli posiłek, opróżnili razem termos i wrócili do próby. Po kilku godzinach menager oznajmił, że ich czas dobiegł końca, a teraz muszą się odświeżyć, przebrać i oddać w ręce charakteryzatorów. I tak też zrobili. Godziny same mijały podczas gdy oni mieli się rozluźnić przed występem.
- Chłopcy, wychodzicie – poinformował menager, zaglądając do garderoby.

Wszyscy dali sobie kopniaki na szczęście i ruszyli w stronę sceny, gdy tylko na nią wyszły głośny pisk dotarł do ich uszu.


====================================
TUM-TUM-TUM! 
Pozdrawiam ❤❤❤

poniedziałek, 24 października 2016

Chapter five: Midnight memories

Dzień dobiegał końca, chyląc się ku zachodowi. Po obiedzie Olivia oznajmiła, że pozwoli przyjaciółce przeczytać książkę do końca tylko wtedy, gdy będzie czytać ją na głos. A Gwen się zgodziła. Przez kilka godzin czytała prawie bez przerwy, aż ze zmęczenia bolało ją gardło, a język wydawał się suchy, jak pustynia. Gina czuła i wiedziała, że zbliża się do końca powieści, więc przełknęła ślinę i czytała dalej, aż w końcu, ku jej uciesze przekręciła ostatnią kartkę i spojrzała na ostatnią stronę.
- Patrzyłem na ćmy krążące wśród wrzosów i dzwonków leśnych, słuchałem miękkiego poszumu wiatru wśród traw i myślałem, że nic już chyba nie mąci spokojnego snu tym, co spoczywają w tej cichej ziemi – zamilkła na chwilę. – Koniec – oznajmiła Olivii, nie wiedząc czy zasnęła, czy nadal jej słucha.
- Miałaś rację, Gwendolyn, to piękne – mruknęła cicho nadal leżąc bez ruchu.
- Doskonale wiesz, że nie mam tak na imię – wtrąciła marszcząc czoło.
Dopiero w tym momencie brunetka spojrzała na przyjaciółkę, lecz jej wzrok wydawał się pusty.
- Wiem, ale chciałam podkreślić powagę sytuacji – szepnęła jeszcze chwilę pozostawiając swoją twarz bez emocji, a kilka sekund później wraz z Gwen wybuchły śmiechem.
- Jesteś świetnym słuchaczem – zauważyła rudowłosa, gdyż brunetka ani razu nie przerwała jej lektury.
- To dlatego, że ty jesteś tak świetnym lektorem – uśmiechnęła się. – I masz mięciutkie łóżko – dodała przekręcając się z brzucha na plecy.
- Wiem, śpię na nim już kilka ładnych lat – wzruszyła ramionami zielonooka.
- Nie kłam, przez ostatnie dwa lata więcej sypiasz w internacie i tym głupim, twardym, niewygodnym łóżku, niż tutaj – skrzywiła się Liv.
- W sumie masz rację, ale jakoś mi to nie przeszkadza. A teraz wybacz, ale ja idę na kolację. Poza tym, muszę się czegoś napić. Przez to wielogodzinne czytanie kompletnie zaschło mi w gardle – marudziła, by wywlec przyjaciółkę z pokoju.
- No dobrze, w sumie ja też jestem już głodna.
- No widzisz! My to jednak chyba jesteśmy jakoś magicznie połączone – bąknęła Gwen.
- Tia, mamy wspólny mózg – westchnęła podnosząc się do siadu ciemnooka.
- Krytykujesz samą siebie, ja mam mózg w całości, a jeśli mamy mieć jeden do podziału, to tobie już nic nie zostaje – zauważyła Gina.
Olivia spojrzała na nią z ukosa złowrogo.
- Już ty nie bądź taka mądra! – syknęła.
- Ktoś musi – prychnęła ognistowłosa, wzruszając ramionami.
Obydwie wybuchły gromkim śmiechem, budząc przy tym Bruna. Pies poderwał się z legowiska powolnie, uśpiony hipnotyzującym głosem właścicielki, podszedł do dziewczyny i szturchnął nosem jej dłoń. Nastolatka pogłaskała zwierzę po głowie, ciągnąc delikatnie za klapnięte uszy.
- Moje słonko – mruknęła przy pieszczeniu pupila.
Olivia spojrzała na psa.
- Ile go już masz? – zmarszczyła czoło.
- Osiem lat – odparła obojętnie druga.
- To długo, chyba wkrótce zdechnie – zauważyła smutno brunetka.
Gina wzruszyła ramionami, byleby nie wybuchnąć płaczem. Poczuła ból przeszywający jej serce, nawet nie chciała myśleć o stracie zwierzaka. Bruno był przy niej tak długo, że nie wyobrażała sobie bez niego życia. Każdy dzień w internacie był dniem tęsknoty za domem z babcią i Brunem w środku. Pies zawsze wypełniał pustkę po rodzicach i był, gdy go potrzebowała. Zawsze zachowywał się tak, jakby znał jej uczucia, wiedział co myśli. Pocieszał ją, rozweselał, sprawiał, że była szczęśliwa. To był jej najwierniejszy przyjaciel, nie mogła go stracić. Jednego już przecież kiedyś straciła…
- Jeszcze nie jego czas – wydusiła, dławiąc szloch.
- Rany, przepraszam! – Olivia zasłoniła ust dłońmi. – On na pewno wiele dla ciebie znaczy, przepraszam, że wspominam o śmierci…
- Nie przepraszaj – odparła Gwen szybko. – Śmierć jest czymś naturalnym, prędzej czy później, czeka każdego z nas – skwitowała. – Idziesz na tę kolację, czy nie? – zmieniła temat prostując się i pociągając nosem.
- Jasne – brunetka klasnęła w dłonie i poderwała się ochoczo z miejsca.

- A to, kto? – zapytała Olivia, wskazując palcem jedno ze zdjęć wiszących na ścianie po przeciwnej stronie pokoju.
Było już dawno po północy, ale one nadal nie spały. Rozmawiały o wszystkim i o niczym. Gdy tylko zapadła cisza, brunetka spojrzała na białą ścianę i przyjrzała się kilku zdjęciom. Właśnie wskazywała przyniszczoną już fotografię, na której widniał obraz szczęśliwej rodziny, jaką tworzyła Gina z rodzicami w Boże Narodzenie, gdy miała siedem lat.
- To mój tata – odparła rudowłosa spoglądając na uśmiechniętego szeroko mężczyznę.
- Przystojny był – uznała przyjaciółka.
- Tak… Inaczej nie miałby tak pięknej żony, jak moja mama – uśmiechnęła się Gwen.
Livia westchnęła łącząc to z prychnięciem rozbawienia.
- Pewnie ci ich bardzo brakuje – spuściła wzrok.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo… - przyznała osiemnastolatka.
- Moja biedna – brunetka objęła przyjaciółkę ramieniem i przytuliła do swojej piersi. Pogładziła ją delikatnie po głowie i plecach, a następnie z powrotem spojrzała na ścianę. – A to? – kiwnęła brodą w tamtą stronę.
- Które? – zdziwiła się Gina, podążając wzrokiem za gestem koleżanki.
- To na środku – wskazała palcem ciemnooka.
- Ach, to – Gwen poczuła, jak dreszcz przebiega jej po plecach. – To ja i mój przyjaciel, który dał mi Bruna po śmierci moich rodziców. Dostał go kilka tygodni wcześniej – dziewczyna spuściła wzrok, wbijając go w splecione dłonie, oparte na skrzyżowanych w kostkach nogach.
- Gdzie jest teraz? – zapytała zaciekawiona Liv.
Rudowłosa wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, zniknął wiele lat temu i od tamtej pory nie miałam z nim kontaktu. Chyba wszystko z nim dobrze. Tak myślę – bąknęła z udawaną obojętnością.
- Tęsknisz za nim? – zapytała brunetka, przenosząc wzrok na twarz kumpeli.
- Czasami.
- A teraz?

- Bardzo – przyznała łzawo.
_______________________________________________________
No i tak...
Mam wrażenie, że to różowe tło kompletnie nie pasuje do treści opowiadania, ale cóż... "A może będzie lepiej..." jak to śpiewa pewien zespół... Mam nadzieję, że rozdział się podobał, zachęcam do pozostawiania opinii w komentarzach!
Ciao! xxx

poniedziałek, 10 października 2016

Chapter Four: Olivia arrived to city

Gina obudziła się o dziewiątej, więc miała czas na posiłek i powolne doprowadzenie się do porządku. Poprzedniej nocy ciągle się budziła, a po głowie krążyły jej słowa Marka. Nie wiedziała, o co mu chodzi, ale miała złe przeczucia. Gdy dziewczyna zjadła śniadanie i wyprowadziła psa na spacer, wróciła do domu i naszykowała pokój gościnny dla Liv. Gwen przewidywała, że pewnie noc po koncercie spędzą u niej w pokoju na rozmowach i plotkowaniu, a na koniec zasną w jednym łóżku, ale babcia nalegała na to, by jej przyjaciółka miała oddzielny pokój.
Dalton przyjechała niemal punkt jedenasta i wybiegła z samochodu popiskując radośnie, a chwilę później rzuciła się na przyjaciółkę i zacisnęła ją w niedźwiedzim uścisku.
- Cześć! – niemal krzyknęła jej do ucha.
Gina zarechotała rozluźniając uścisk na plecach swojej koleżanki.
- Dobrze cię widzieć – powiedziała spokojnym tonem.
- Ciebie też. Nie mogę się doczekać koncertu – uśmiechnęła się, podskakując w miejscu.
- Tylko bez szaleństw, proszę – pan Dalton pogroził palcem córce. – Gina, pilnuj jej, dobrze? – uśmiechnął się do rudowłosej.
- Oczywiście – zapewniła dziewczyna od razu.
Pan Dalton zaniósł torbę jej przyjaciółki na ganek, gdzie przywitał się z babcią Gwen, a ona zaprowadziła go do pokoju Liv.
- Nie mogę uwierzyć, że idziemy razem na ten koncert! Jestem taka podekscytowana! – piszczała niezrażona reakcją ojca brunetka.
Crimson zachichotała ponownie i wcisnęła ręce w tylne kieszenie swoich czarnych rurek.
- Widzę – powiedziała uśmiechając się szeroko.
Gina nadal nie rozumiała, jakim cudem tak świetnie dogadywała się z Olivią, mimo różnic pomiędzy nimi. Były zupełnie inne, ich charaktery kompletnie się różniły. Gwen była zwykłą, cichą myszką, która najchętniej zostałaby w wyimaginowanym świecie na zawsze, dla niej nie musiały istnieć imprezy, czy koncerty, bo i tak na nich nie bywała. Za to Livia była jej kompletnym przeciwieństwem. Praktycznie nie potrafiła usiedzieć w miejscu, ciągle poszukiwała nowych przygód i rozrywek. W ich pokoju w prawdzie ciągle było słychać muzykę, ale tylko ze względu na zamiłowanie brunetki. Crimson siedziała wtedy między książkami i uczyła się na kolejne sprawdziany, ale dudniąca z głośników kompletnie jej nie przeszkadzała, ona była wtedy w innym świecie.
- W co się ubierzesz? Wiesz, musimy wyglądać ekstra! – w oczach brunetki było widać błysk podniecenia.
- Sądziłam, że pójdę tak, jak jestem i będzie w porządku – przygryzła wargę delikatnie.
- Chyba żartujesz! Nie martw się, jeśli nie masz nic odpowiedniego, dam ci coś swojego, przecież mamy ten sam rozmiar! – nie przerywała potoku słów Olivia.
- Postaram się znaleźć coś w swojej szafie – odparła szybko Gwen.
Poczuła w głębi jakieś ukłucie, bała się, że w szafie pełnej swetrów i luźnych podkoszulek oraz zwykłych rurek lub dżinsów nie znajdzie nic, co wydałoby się jej przyjaciółce wystarczająco odpowiednie. Gina nie miała krótkich spódniczek, które odsłaniają więcej niż powinny, ani bluzek z dekoltem do pępka. Nie miała także zbyt wielu błyszczących ubrań, a nie wiedziała na jaki rodzaj muzyki i stylu powinna się przygotować.
Rudowłosą z zamyślenia wyrwał dopiero dotyk dłoni pana Daltona na jej lędźwiach.
- Bądźcie ostrożne, nie szalejcie i nie róbcie nic głupiego – powiedział patrząc raz na jedną, raz na drugą.
- Och, nie martw się tato, będziemy – zapewniła brunetka i wtuliła się w tors ojca.
- Mam nadzieję – uśmiechnął się. – Do zobaczenia, Gwen – pocałował ją w policzek.
- Do zobaczenia – uśmiechnęła się dziewczyna.
Dziewczyny stanęły obok siebie i odprowadziły mężczyznę wzrokiem do samochodu. Gdy tylko wsiadł i odjechał, znikając za rogiem, Olivia podskoczyła radośnie, ruszyła w stronę domu i pociągnęła za sobą przyjaciółkę.
- Musisz mi pokazać swój pokój! – oznajmiła wciągając ja do domu.
- Nie ma czego pokazywać – uznała Gwen. – Poza tym, babcia za raz poda obiad i będzie jej bardzo przykro, jeśli go nie zjemy.
Brunetka wydawała się niewzruszona komentarzem przyjaciółki i nie zwolniła kroku. Pewnie szła przed siebie z głową uniesioną wysoko.