niedziela, 28 sierpnia 2016

Chapter One: Luke returns

Blondyn siedział w miękkim fotelu podziwiając kłębiące się pod nim chmury, barwione promieniami słońca. Był już zmęczony, ale doskonale wiedział, że to już koniec ich trasy koncertowej. Jeszcze jeden koncert i ich tourne po Europie dobiegnie końca. Luke zamyślił się. Tak dawno nie było go w domu, tym prawdziwym domu, gdzie się wychował i spędził połowę życia. Brakowało mu tej wyjątkowej atmosfery, jaka zawsze panowała w niewielkim miasteczku na wybrzeżu Wielkiej Brytanii. Golden Harbor zawsze zostanie dla niego wyjątkowym miejscem, takim pełnym magii i wspaniałych wspomnień z dzieciństwa. Uśmiechnął się na wspomnienie beztroskich wakacji na placyku, wśród roześmianych dzieci i wiatru niosącego zapach morza.
- Luke, o czym tak myślisz? – zapytał Ashton, który siedział na fotelu po drugiej stronie przejścia.
- O niczym – zbył go Hemmings.
- Mów natychmiast – niemal krzyknął rzucając w jego twarz poduszką.
- Irwin, ty idioto! – podniósł głos dwudziestolatek.
- To jak będzie? Powiesz mi, czy chcesz oberwać jeszcze raz? – wyszczerzył się starszy z nich.
Luke przewrócił oczami i rzucił w przyjaciela poduszką, żeby nie pozostawać mu dłużnym. Ashton zaśmiał się gardłowo łapiąc poduszkę w dłonie. Widział, że coś trapi jego przyjaciela i nie zamierzał tego zostawiać.
- I tak nie zrozumiesz – burknął młodszy i poprawił się w fotelu.
- Dziewczyna? – od razu zaproponował kumpel z zespołu.
- Skąd! – Luke zmarszczył czoło.
- No to nie wiem, może chłopak? – uśmiechnął się krzywo, lecz jego uśmiech nie oglądał świata zbyt długo.
Tym razem to Hemmings zaatakował kumpla poduszką w twarz i to on śmiał się tym razem, gdy ujrzał minę Ashtona.
- I na co mi była ta przyjaźń? – zapytał retorycznie. – Ja do niego z sercem na dłoni, a on mnie traktuje poduszką – westchnął Irwin i opadł na oparcie swojego fotela.
- Jesteś idiotą, zdajesz sobie z tego sprawę? – dwudziestolatek uniósł brew pytająco i spojrzał na kolegę z ukosa.
- Czyli jednak mnie kochasz? – ucieszył się Irwin wysoko unosząc brwi. – Dajcie tu tęczę i  jednorożca! – wykrzyknął klaszcząc w ręce, jak księżniczka z bajki Disney’a.
- Właśnie dlatego z tobą nie rozmawiam – uciął Luke.
Wstał i udał się do toalety, żeby tylko nie przebywać w towarzystwie przyjaciela, który wszystko potrafił obrócić w żart. Hemmings chciał po prostu pobyć sam na sam ze swoimi wspomnieniami, w których ciągle przewijała się pewna dziewczyna. Już nawet nie był pewny, jak miała na imię, ale nie chodziło tylko o nią. Miał mnóstwo wspomnień związanych ze swoim rodzeństwem i rodziną. Pamiętał swojego kudłatego, biszkoptowego psa, którego dostał na dziewiąte urodziny. Rok później podarował go tej dziewczynie, żeby nigdy nie czuła się samotna. Chłopak wsparł się na umywalce, opierając ciężar ciała na dłoniach i spoglądając sobie w oczy odbijające się w lustrze zadał sobie najbardziej nurtujące go w tamtym momencie pytanie.
- Kim ona była, Hemming?
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę opuścić kabinę, za chwilę będziemy podchodzić do lądowania.
- Już wychodzę – odpowiedział i poczekał aż stewardessa odejdzie od drzwi.
Wrócił na miejsce nawet nie spoglądając na Ashtona.
-  Rany boskie, już myślałem, że przy spuszczaniu wody wciągnęło cię do środka – zaczepił go, ale Luke zignorował tę zaczepkę i zajął swoje miejsce.

Zatrzymali się w hotelu, o którego istnieniu Luke nawet wcześniej nie wiedział. Gdy tylko znalazł się w swoim pokoju powalił się na miękkie łóżko i zapadł w pościeli. Nagle rozległo się pukanie, a chwilę później do pokoju wszedł Ashton. Beztrosko podszedł do łóżka i usadowił się na nim wygodnie.
- Chcesz o tym porozmawiać? – zapytał Irwin.
- Niby o czym? – wymruczał w pościel Luke.
- Daj spokój, przecież widzę, że od samego wylotu z Niemiec coś cię nurtuje. O co chodzi? – szturchnął jego nogę czubkiem swojego buta.
Blondyn wygrzebał się z pościeli i spojrzał na przyjaciela.
- Boże, dlaczego ty mnie tak znasz? – zapytał marszcząc czoło.
- Bóg zna wszystkich, a jeśli chodzi o mnie to po prostu za dużo spędzam z tobą czasu, żeby nie widzieć, że coś jest nie tak – uznał wzruszając ramionami.
- Aha.
- No.
Na chwilę zapanowała cisza, ale dwudziestodwulatek nie miał zamiaru wsłuchiwać się w ciężki oddech przyjaciela.
- To powiesz mi czy mam się domyślać?
Luke westchnął.
- Chodzi o to, że ja jestem stąd…
- To wiem – pstryknął palcami Irwin.
- Nie przerywaj mi – zirytował się dwudziestolatek piorunując wzrokiem swojego przyjaciela. – Chodzi o to, że pamiętam coś, ale bardzo niedokładnie. A raczej pamiętam coś, co było dla mnie ważne, ale w jakiś sposób zdołałem o tym zapomnieć.
- Czyli miałem rację, że chodzi o dziewczynę? – skrzywił się Ashton.
- Nie rób tak, bo ci zostanie – powiedział Hemmings podnosząc się do siadu. – I tak, i nie – odpowiedział na pytanie kumpla.
- Nic z tego nie rozumiem – uznał szybko i wyciągnął z kieszeni małą paczuszkę. – Żelka?
- Po co ja ci to wszystko mówię? – westchnął zrezygnowany blondyn.
- Żebym ci pomógł – uśmiechnął się zachęcająco starszy z nich i podepchnął drugiemu paczkę pod nos. – Bierz żelka – rozkazał, więc Luke wyjął ich kilka i wsadził jednego do buzi.
- Masz mnie gdzieś! – oskarżył starszego blondyn. – Przyszedłeś tu, żeby zjeść żelki, a nie udzielić mi pomocy.
- Żelki to pierwszy krok do udzielenia ci pomocy, głupcze – powiedział wrzucając sobie żelka do ust.
- Gadasz, jak średniowieczny filozof – zbył go chłopak.
- I świetnie się z tym czuję! A teraz poczuj moją mądrość! – rzucił Irwin wypinając pierś do przodu i poprawiając się na łóżku. – Co to za dziewczyna?
- Chodzi o to, że nie pamiętam… - zaczął.
Ashton spojrzał na niego zaprzestając przeżuwania.
- Luke, nie posądziłbym cię o takie melanżowanie  - powiedział poważnym tonem.
Blondynowi oczy otworzyły się szerzej.
- Nie o to mi chodziło! Byłem trzeźwy, tak? Po prostu minęło kilka lat i zupełnie nie pamiętam, jak ona miała na imię.
- O rany! Naprawdę martwisz się tak, bo nie pamiętasz imienia jakiejś laski? – zdziwił się Ash.
- To nie była ‘jakaś laska’ – zaprzeczył szybko. – Podarowałem jej psa, którego dostałem na urodziny.
Dwudziestodwulatek zatrzymał rękę z żelkiem, która wędrowała wprost do jego buzi i zamknął na chwilę usta.
- Zaprosisz mnie na ślub? – zapytał.
Wielka poduszka uderzyła go w twarz, a paczka z żelkami została wyrwana mu z ręki.
- Za karę nie zjesz dzisiaj ani żelka więcej! – pogroził mu palcem i schował sobie paczkę za plecy.
- Ty debilu, prosto w twarz! – jęknął brunet.
- Masz za swoje – skwitował Luke chichocząc pod nosem.
- Oddaj żelki! – rozkazał Ash.
- Najpierw mi pomożesz – postawił warunek Hemmings.
- Pamiętasz choć jedną literę z jej imienia? – zapytał brunet.
- Nie – Luke pokręcił głową przecząco i posmutniał.
- Hemmings, jesteś idiotą – stwierdził bez skrupułów czy oporów perkusista.
- Nie dostaniesz żelków!


____________________________________________

Nie wiem za bardzo, co mogę powiedzieć na temat tego rozdziału. Chyba to, że dobrze mi się go pisało, będzie najlepszym, co mogę powiedzieć. Mi osobiście rozdział się podoba, a gdy jeszcze sobie wyobraziłam, jak to Luke obrywa poduszką albo krzyczy, że Ash niedostanie żelków... No śmiechłam, no.
Zapraszam do komentowania :)

2 komentarze: