poniedziałek, 26 września 2016

Chapter Three: Luke came back

Luke nie mógł spać tej nocy, więc gdy rano ktoś zapukał do drzwi, chłopak otworzył prawie natychmiast. Za drzwiami stał szeroko uśmiechnięty Ashton z nową paczką żelków.
- Czego znowu chcesz? – Hemmings nawet nie krył zażenowania, jakie odczuwał patrząc w tamtym momencie na przyjaciela.
- A co ty taki nie w humorze? – zmarszczył czoło Irwin, którego uśmiech nagle gdzieś zniknął.
- Właź – westchnął blondyn opierając się o futrynę i popychając drzwi by otworzyły się szerzej.
Zadowolony z siebie perkusista przekroczył próg pokoju i rozpędził się, żeby wskoczyć na miękkie łóżko. Chwilę później wygrzebał się z pościeli i usadowił wygodnie.
- Zachowujesz się, jak dziecko – skomentował krótko młodszy chłopak i opadł na krzesło stojące przy niewielkim, drewnianym stoliku.
Ash tylko spojrzał na niego przechylając głowę, a jego spojrzenie mówiło wszystko. Kpiący wzrok oderwał się od twarzy dwudziestolatka i przebiegł po jego wygniecionym ubraniu.
- Wiesz, że należy się przebierać, gdy idziesz spać? – rzucił perkusista.
- Nie kładłem się spać – mruknął wspierając czoło na ręce,
- Czemu? – zdziwił się dwudziestodwulatek.
- Bo nie mogłem?! – wzruszył ramionami.
Brunet oderwał płatki z kilku kwiatków stojących w wazonie i stanął na łóżku.
- Luke się zakochał! – rzekł rozanielonym głosem, rozrzucając płatki i podskakując, jakby był różową wróżką na tęczowej chmurce.
Hemmingsowi przyszło tylko jedno słowo do głowy. Idiota, pomyślał i poczekał, aż kolega skończy wygłupy. Po kilku sekundach Ashton podskoczył, podkurczył nogi i wylądował ciężko na łóżku, chichocząc jak sześciolatka.
- Sprzątaj to – niemal rozkazał gorzkim tonem dwudziestolatek, po czym wstał i poszedł do toalety.
Luke wziął zimny prysznic, umył zęby i twarz, a później przebrał się w czyste ubrania. Miał ogromną nadzieję, że jego przyjaciel zrezygnował z uszczęśliwiania i lukrowania jego życia na siłę. Kompletnie nie wiedział, czy w ogóle powinien zwierzać się koledze ze swoich problemów. Miał nadzieję, że bezsenność minie szybko i zdoła się wyspać przed koncertem, który miał się odbyć następnego dnia. Wyszedł z łazienki i skrzywił się widząc, że Ashton nadal jest w jego pokoju.
- Nie pochwalisz mnie? – zapytał od razu, gdy spostrzegł Luka w pokoju.
- Niby za co? – skrzywił się blondyn.
- Posprzątałem – uśmiechnął się z dumą perkusista.
- Nie no, gratulacje! Zadzwonię do recepcji po szampana! – oznajmił ironicznie.
- Jak ty nie szanujesz drugiego człowieka – bąknął.
- Lepiej mi powiedz, ile kosztuje kawa w bufecie – zmienił temat Hemmings.
- A skąd ja to mogę wiedzieć?! – żachnął się Irwin. – Wiem  za to, jak ci pomóc – szepnął pozwalając zawisnąć swoim słowom w powietrzu i poczekał na reakcje kumpla.
Luke przygryzł kolczyka w wardze i powoli podniósł wzrok no kolegę. Wie jak mu pomóc? Czyżby obmyślił plan odnalezienia tajemniczek dziewczyny ze wspomnień gitarzysty? Czy to było możliwe? Przecież Luke prawie nic mu o niej nie powiedział.
- Jak? – szepnął gardłowo ewidentnie zaintrygowany.
- Poczekaj, potrzebuję nastroju – uznał i wyciągnął spod siebie paczkę kwaśnych żelków.
- Znowu będziesz się wygłupiał? Posłuchaj, nie mam czasu, ani zamiaru wysłuchiwać twoich głupich żartów. Zrozum, że dla mnie ta sprawa jest ważna – powiedział nadal gardłowo, ale nieco głośniej.
- Daj spokój, ja po prostu chcę zjeść żelka – machnął ręką zbywając go. Wyjął jednego i wsadził go do ust, przeżuł i otworzył ponownie usta. – Otóż, chodzi o to, że musimy ją po prostu znaleźć. Co ty na to, żebyśmy poszli na spacer po mieście i jej poszukali? – uniósł brwi pytająco.
Blondyn spuścił wzrok i podparł się pod boki, pokręcił głową i ponownie spojrzał na Ashtona.
- To nie jest dobry pomysł. Prawie wszyscy mnie tu znają, nie opędzimy się od szarańczy fanek – stwierdził przysiadając na łóżku.
- Hm – westchnął Irwin, jakby wcześniej w ogóle o tym nie myślał. – Możesz mieć rację, ale spójrz na to inaczej… Skoro ona też jest stąd, to zapewne wie, że jesteś w mieście i już cię szuka – zachwycił się błyskotliwie.
Luke nie był przekonany do tego argumentu, ale może jego przyjaciel miał rację? Z drugiej strony, chłopak czuł się strasznie zmęczony. Uznał jednak, że spacer z kumplem dobrze mu zrobi, w końcu nie mógł cały czas siedzieć w pokoju. Chłopak spojrzał na zegarek. Do próby mieli jeszcze cztery godziny, wystarczy bez problemu.
- Myślisz, że mnie szuka? – spojrzał na kolegę nie pewnie.
- Takiego przystojniaka jak ty?! – rzucił Irwin poruszając zabawnie brwiami.
Luke klepnął go w czoło i zaśmiał się z kolegi. Wiedział, że ten zgrywa się tylko po to, by wprawić go w lepszy nastrój.
- W takim razie zbieraj się, wyjdziemy jej naprzeciw – puścił mu oczko.
- Jestem gotowy, mój ty Romeo – wyszczerzył się dwudziestodwulatek.
Blondyn założył na głowę czapkę z daszkiem i naciągnął kaptur, by nie rzucać się w oczy. Miał nadzieję, że ludzie ich nie rozpoznają, a oni znajdą to, czego szukają. Tylko czy nadzieja wystarczy?
Spacerowali około godziny, gdy Luke uznał, że nic z tego nie będzie i powinni wracać do hotelu nim ktoś ich rozpozna. Ashton próbował namówić go na dalsze poszukiwania, ale blondyn postanowił, że wraca z nim lub bez niego. W takiej sytuacji Irwin zabrał młodszego kolegę z powrotem do hotelu. Byli w punkcie wyjścia. Nic się nie zmieniło, oprócz tego, że byli zmęczeni dwugodzinną wędrówką, która i tak nic im nie dała.
- Musimy wymyślić jakiś inny sposób. Może przyjdzie podziwiać cię na koncercie? – podjął Ashton.
- Nie wydaje mi się – szepnął Luke.
Czuł się beznadziejnie. Cała ta sprawa przybijała go co raz bardziej. Sądził, że się czegoś dowie, ale nadzieja, która tliła się gdzieś w głębi jego serca chyba całkowicie uleciała. Nie rozumiał, dlaczego tak bardzo mu zależy na odnalezieniu tej dziewczyny, nie wiedział, kim ona była, ale czuł, że musi ją znaleźć. Jakby był jej coś winny.
- Luke, posłuchaj, proszę. Wiem, że dzieli nas jedynie dwa lata, ale nie mogę znieść tego, jak cierpisz, więc posłuchaj starszego kolegi, dobrze? – objął jego barki ramieniem.
- Jedziesz – powiedział bez jakiegokolwiek przekonania.
- Skoro byliście dla siebie tacy ważni, ty i ta dziewczyna, to ona prawie na pewno będzie chciała się z tobą ponownie spotkać. Znajdziemy ją, jasne? Zaangażuję chłopaków i może naszego menadżera, hm? – uśmiechnął się pocieszycielsko.
- Nie, nie chcę, by wiedział ktoś poza nami – odparł od razu. – Wystarczy już, że ty wiesz.
- A co im powiemy, kiedy ją znajdziemy? – zmarszczył czoło brunet.
- A kto powiedział, że coś im będziemy mówić? O ile ją, w ogóle, znajdziemy.
- Znajdziemy – obiecał perkusista.

************************************************

"Szukajta, a znajdzieta!" Chyba nie mam nic więcej do powiedzenia. Jak Wam się podobał rozdział, tym razem? Piszcie w komentarzach :)
P. S.
Dodałam już zwiastun opowiadania, znajdziecie go w zakładce Trailer.
Paa! xxx

poniedziałek, 12 września 2016

Chapter Two: Gwen came back

Gdy tylko Gina zjadła kawałek ciasta marchewkowego i wypiła ciepłą herbatę, zabrała swoją walizkę do pokoju i rozpakowała się, by walizka nie zajmowała miejsca w holu. Dziewczyna zaciągnęła ją do swojej sypialni i przystanęła w pół kroku. Pokój Gwen wyglądał bardzo podobnie od blisko sześciu lat, w zasadzie nic w nim nie zmieniała, bo było dobrze tak, jak było. Mimo upływu lat nie przeszkadzał jej nawet pudrowy róż, który znajdował się na trzech ścianach. Czwarta była zwyczajnie biała, za to ozdobiona lampkami i zdjęciami. W rogu pokoju znajdowało się legowisko jej psa, Bruna. Był to piękny, uroczy i bardzo kochany pies, z którym wiązało się wiele pięknych wspomnień. Zwierzę było swego czasu pocieszeniem. Zielonooka dostała go po śmierci rodziców, gdy miała dziesięć lat.
Spojrzała na jedno ze zdjęć wiszące pośrodku białej ściany. Fotografia przedstawiała ją ze zwierzęciem i dawnym przyjacielem, który podarował jej Bruna. Chłopiec był uroczym blondynem z maleńkimi dołeczkami w policzkach. Ich twarze rozjaśniały uśmiechy, oczy błyszczały od tańczących w nich iskier. Byli szczęśliwi – zwyczajnie szczęśliwi.
Rudowłosa uśmiechnęła się do siebie z odrobiną smutku. Chłopiec opuścił ją wiele lat temu i nie utrzymywał z nią kontaktu. Miał nowych przyjaciół i nowe, lepsze życie z dala od niej. Zniknął z dnia na dzień bez pożegnania. Okropny ból przeszył jej klatkę piersiową – do tej pory nie podniosła się do końca po tamtej stracie i, co ważniejsze, nie znalazła takiego przyjaciela. Już nigdy nie spotkała nikogo, kto byłby tak bliski jej sercu.
Dziewczyna spuściła głowę, by odepchnąć złe wspomnienia. Pamiętała jak jego mama spotkała ją na ulicy. „Zachorował” – powiedziała wtedy, a tydzień później już ich nie było. Gwen zastanawiała się czasem, czy może ją pamięta, lecz szybko zbywała tę myśl twierdząc, że gdyby pamiętał, to by zadzwonił lub chociaż próbował się z nią skontaktować. Ale nigdy nie próbował się skontaktować.
Dziewczyna rozpakowała się, wzięła prysznic i położyła się spać. Mrok, który panował w jej pokoju tylko pomógł jej szybciej zasnąć.

Rano Ginę obudził zapach kawy parzonej przez babcię i pies liżący jej zwisającą z łóżka rękę. Otworzyła oczy i ujrzała wpatrujące się w nią wyczekująco ciemne ślepia Bruna. Westchnęła z grymasem, chcąc schować się z powrotem pod kołdrę, ale wiedziała, że musi wyjść z pupilem na spacer, by nie załatwił się w domu. Wstała niechętnie z łóżka i poczłapała do szafy, z której wyciągnęła luźny podkoszulek z Hello Kitty i ciemne rurki. Na stopy założyła białe stopki oraz czarne tenisówki.
- Chodź, Bruno – klepnęła się w udo by przywołać zwierzę i wyszła na korytarz.
Pies poczłapał za właścicielką i klapnął na płytki, oczekując na przypięcie do jego obroży smyczy. Dziewczyna jednym zwinnym ruchem przymocowała smycz do obroży i pociągnęła za nią delikatnie. Zwierzę wstało z podłogi i razem z rudowłosą skierowało się w stronę wyjścia. Po przekroczeniu progu owiał ją przyjemny, ciepły podmuch wiatru. Liście na drzewach zaszeleściły wesoło, przepuszczając między sobą promienie słońca, które zatańczyły na jej twarzy .
- Gina? – usłyszała po przejściu kilku kroków.         
Odwróciła się pospiesznie na pięcie i ujrzała lekko zgarbionego bruneta w jej wieku z założonymi na nos okularami w grubych oprawach, których czarna barwa podkreślała jego ciemny kolor oczu.
- Mark! – uśmiechnęła się.
- Cześć, kochana – przytulił ją delikatnie.
- Cześć – odrzekła nieswojo czując się w objęciach chłopaka.
Zdecydowanie odzwyczaiła się od tego rodzaju okazywania sobie sympatii między kobietą, a mężczyzną. W szkole trzymała się z dziewczynami, jedyny chłopak z którym wiązało ją coś więcej niż tylko znajomość z widzenia był jej partnerem na zajęciach z historii sztuki.
- Co u ciebie, jak szkoła? Opowiadaj! Jak to jest, żyć tak daleko od domu? Pewnie super jest tak całkowicie bez nadzoru rodziców – ucieszył się, lecz szybko zbladł. – Przepraszam – szepnął, orientując się, jaką gafę popełnił.
- W porządku – uśmiechnęła się niewinnie. – Wiesz, nie wiem, czy nadzór tak bardzo by mi przeszkadzał… - wzruszyła ramionami.
- Na pewno! – zapewnił. – Ciągłe zakazy, nie można chodzić na imprezy i ktoś ciągle każe się uczyć i sprawdza postępy w szkole. To bardzo męczące.
- Czy ja wiem? I tak ciągle przesiaduję nad książkami i nie chodzę na imprezy – wyznała skromnie.
- Moje biedactwo – westchnął żałośnie. – Tak was cisną?
- Skąd! Jest świetnie, nauczyciele są mili i panuje miła atmosfera – zapewniła od razu. – Przecież wiesz, że ja nie potrafię żyć bez książek – machnęła ręką przeganiając obawy kolegi.
- No tak – zaśmiał się. Na chwilę zapanowała cisza, chłopak przeniósł wzrok na zwierzę przy jej nodze. – Wyszliście na spacer? – zaciekawił się.
- Tak. A gdzie Macho? – rozejrzała się, zakładając włosy za ucho.
- Biega sobie, gdzieś… tam! – wskazał na ogon wystający zza hydrantu.
Macho był Yorkiem, o krótko przystrzyżonej sierści i wcale nie wyglądał na macho, za to był wielki duchem i rzeczywiście miał łatwość w zdobywaniu sympatii innych psów.
- Dawno cię nie widziałem – odezwał się ponownie Mark. – Jak to się stało, że w poprzednie wakacje na ciebie nie wpadłem?
Zielonooka wzruszyła ramionami.
- Byłam u przyjaciółki.
- Och, to wspaniale! I jak było?
- Cóż… Chyba śmiało mogę powiedzieć, że świetnie – uśmiechnęła się szeroko.
Chłopak skinął głową i wcisną ręce w tylne kieszenie krótkich spodni. Szli przez dłuższą chwilę w milczeniu, podziwiając okolicę. W pewnym momencie Mark zatrzymał się i zaciągnął powietrze przez usta.
- Co się stało? – zdziwiła się Gwen. – Wszystko w porządku?
- Tak, tylko coś mi się przypomniało – oznajmił pokrzepiająco. – Wiesz kto pojawi się w mieście? – uniósł brwi wysoko.
- Ehm… - zmarszczyła czoło nie rozumiejąc.  – Nie? – odpowiedziała w końcu.
- Aha – wypuścił z siebie jakby ciążyło mu to słowo. – No to będziesz mieć niespodziankę – mruknął. – Muszę już iść, pa – cmoknął ją w policzek i odsunął się dwa kroki. – Macho! – zawołał psa, który chwilę później przybiegł do jego nogi.
- A-ha? – zdziwiła się patrząc na oddalającą się sylwetkę kolegi.
Nie wiedziała o co może mu chodzić, ale miała złe przeczucia. I to bardzo. Szybko przywołała do siebie Bruna i wróciła do domu. Po powrocie uczesała się, ponieważ wcześniej uznała, że jej fryzura jest w miarę przyzwoita, a później poszła na śniadanie. Babcia cały czas wypytywała ją, czy coś się stało i wiele razy łapała ją na kompletnym ignorowaniu jej opowieści, ale Crimson nie przejmowała się tym w tamtym momencie. Przeprosiła babcię za swoje roztargnienie i poszła do siebie. Gdy siedziała w swoim pudrowo różowym pokoju wpatrując się w ścianę naprzeciwko, jej umysł cały czas skupiał się na tym, co powiedział Mark. Czy naprawdę było się czym przejmować?
Ostatecznie odepchnęła tę myśl na dalszy plan i skupiła się na lekturze Wichrowych Wzgórz. Miała nadzieję, że uda jej się przeczytać całą książkę w ciągu jednego dnia i babcia nie będzie jej utrudniać wykonania tego zadania, ponieważ nie chciała by Olivia się o tym dowiedziała. W prawdzie brunetka nie zabroniła jej czytać tej książki, ale bała się jej reakcji. W każdym razie, zajęła się czytaniem i odepchnęła cały świat realny na drugi plan, a słowami Marka postanowiła się kompletnie nie przejmować.
Gdy do jej pokoju zajrzała babcia, prosząc by zeszła na obiad, była druga po południu, więc Gina była dumna z siebie, że tak długo udało jej się odizolować od prawdziwego świata i realnych problemów, jakie mają prawdziwi ludzie, a nie postaci literackie.
Po posiłku ponownie wzięła się za czytanie, lecz teraz siedziała na tarasie, by złapać trochę słońca. Wieczorem zadzwonił jej telefon, to była Livia.
- Hej! – przywitała się radośnie brunetka.
- Cześć – odpowiedziała Gina zamykając książkę.
- Co robisz?
Crimson westchnęła.
- Czytam – jęknęła niepewnie.
- Co? – zainteresowała się Dalton.
- Yhm… Książkę! – odrzekła, jakże błyskotliwie.
- Gwen – mruknęła ostrzegawczo.
Rudowłosa nie musiała widzieć jej twarzy, by wiedzieć, że przyjaciółka jest zła. Olivia rzadko kiedy mówiła do zielonookiej Gwen, a to prawie zawsze oznaczało kłopoty.
- Wichrowe Wzgórza – jęknęła niechętnie, osuwając się lekko na fotelu, jakby chciała ukryć się przed koleżanką.
- Jak możesz?! Obiecałaś mi coś! – rzuciła natychmiast Liv.
- Ale tutaj nikt nie umiera w scenie końcowej – próbowała się bronić.
- Ale tam co chwila ktoś umiera! – żachnęła się brunetka.
- Bez przesady…
- Nie przesadzam!
Gwen westchnęła.
- Zadzwoniłaś po to, żeby mnie łoić? – zapytała smutno.
- Nie, oczywiście, że nie. Pamiętasz, że jutro przyjeżdżam? – oczami wyobraźni Gwen widziała radosną minę przyjaciółki.
Crimson miała ochotę zdzielić się łopatą przez głowę, ponieważ nie miała przygotowanego dosłownie niczego na przyjazd panny Dalton.
- Pamiętam – powiedziała uroczo.

***************************************************************
No i mamy zapominalską Ginę i Wichrowe Wzgórza oraz złą Olivię :) Ja się cieszę, że przynajmniej one mają udane wakacje, bo ja mam już rok szkolny, także no... W ogóle, baj de łej i tym podobne, Narazie jestem na etapie "To liceum jest super","Ta klasa jest cudowna", "Dobrze trafiłam", "Cieszę się, że tu jestem" i takie rzeczy, ale i tak dobrze się zapowiada. Dzisiaj skończył mi się okres ochronny, ale tylko taki (-_-) [if you know what i mean], ale w końcu spędziłam cały tydzień nad książkami, więc się nie obawiam :3
Pozdrawiam wszystkich i do zobaczenia za dwa tygodnie, gdzie zapewne w moim mniemaniu ta szkoła będzie już "be i fuj!".
Paa! xxx