poniedziałek, 24 października 2016

Chapter five: Midnight memories

Dzień dobiegał końca, chyląc się ku zachodowi. Po obiedzie Olivia oznajmiła, że pozwoli przyjaciółce przeczytać książkę do końca tylko wtedy, gdy będzie czytać ją na głos. A Gwen się zgodziła. Przez kilka godzin czytała prawie bez przerwy, aż ze zmęczenia bolało ją gardło, a język wydawał się suchy, jak pustynia. Gina czuła i wiedziała, że zbliża się do końca powieści, więc przełknęła ślinę i czytała dalej, aż w końcu, ku jej uciesze przekręciła ostatnią kartkę i spojrzała na ostatnią stronę.
- Patrzyłem na ćmy krążące wśród wrzosów i dzwonków leśnych, słuchałem miękkiego poszumu wiatru wśród traw i myślałem, że nic już chyba nie mąci spokojnego snu tym, co spoczywają w tej cichej ziemi – zamilkła na chwilę. – Koniec – oznajmiła Olivii, nie wiedząc czy zasnęła, czy nadal jej słucha.
- Miałaś rację, Gwendolyn, to piękne – mruknęła cicho nadal leżąc bez ruchu.
- Doskonale wiesz, że nie mam tak na imię – wtrąciła marszcząc czoło.
Dopiero w tym momencie brunetka spojrzała na przyjaciółkę, lecz jej wzrok wydawał się pusty.
- Wiem, ale chciałam podkreślić powagę sytuacji – szepnęła jeszcze chwilę pozostawiając swoją twarz bez emocji, a kilka sekund później wraz z Gwen wybuchły śmiechem.
- Jesteś świetnym słuchaczem – zauważyła rudowłosa, gdyż brunetka ani razu nie przerwała jej lektury.
- To dlatego, że ty jesteś tak świetnym lektorem – uśmiechnęła się. – I masz mięciutkie łóżko – dodała przekręcając się z brzucha na plecy.
- Wiem, śpię na nim już kilka ładnych lat – wzruszyła ramionami zielonooka.
- Nie kłam, przez ostatnie dwa lata więcej sypiasz w internacie i tym głupim, twardym, niewygodnym łóżku, niż tutaj – skrzywiła się Liv.
- W sumie masz rację, ale jakoś mi to nie przeszkadza. A teraz wybacz, ale ja idę na kolację. Poza tym, muszę się czegoś napić. Przez to wielogodzinne czytanie kompletnie zaschło mi w gardle – marudziła, by wywlec przyjaciółkę z pokoju.
- No dobrze, w sumie ja też jestem już głodna.
- No widzisz! My to jednak chyba jesteśmy jakoś magicznie połączone – bąknęła Gwen.
- Tia, mamy wspólny mózg – westchnęła podnosząc się do siadu ciemnooka.
- Krytykujesz samą siebie, ja mam mózg w całości, a jeśli mamy mieć jeden do podziału, to tobie już nic nie zostaje – zauważyła Gina.
Olivia spojrzała na nią z ukosa złowrogo.
- Już ty nie bądź taka mądra! – syknęła.
- Ktoś musi – prychnęła ognistowłosa, wzruszając ramionami.
Obydwie wybuchły gromkim śmiechem, budząc przy tym Bruna. Pies poderwał się z legowiska powolnie, uśpiony hipnotyzującym głosem właścicielki, podszedł do dziewczyny i szturchnął nosem jej dłoń. Nastolatka pogłaskała zwierzę po głowie, ciągnąc delikatnie za klapnięte uszy.
- Moje słonko – mruknęła przy pieszczeniu pupila.
Olivia spojrzała na psa.
- Ile go już masz? – zmarszczyła czoło.
- Osiem lat – odparła obojętnie druga.
- To długo, chyba wkrótce zdechnie – zauważyła smutno brunetka.
Gina wzruszyła ramionami, byleby nie wybuchnąć płaczem. Poczuła ból przeszywający jej serce, nawet nie chciała myśleć o stracie zwierzaka. Bruno był przy niej tak długo, że nie wyobrażała sobie bez niego życia. Każdy dzień w internacie był dniem tęsknoty za domem z babcią i Brunem w środku. Pies zawsze wypełniał pustkę po rodzicach i był, gdy go potrzebowała. Zawsze zachowywał się tak, jakby znał jej uczucia, wiedział co myśli. Pocieszał ją, rozweselał, sprawiał, że była szczęśliwa. To był jej najwierniejszy przyjaciel, nie mogła go stracić. Jednego już przecież kiedyś straciła…
- Jeszcze nie jego czas – wydusiła, dławiąc szloch.
- Rany, przepraszam! – Olivia zasłoniła ust dłońmi. – On na pewno wiele dla ciebie znaczy, przepraszam, że wspominam o śmierci…
- Nie przepraszaj – odparła Gwen szybko. – Śmierć jest czymś naturalnym, prędzej czy później, czeka każdego z nas – skwitowała. – Idziesz na tę kolację, czy nie? – zmieniła temat prostując się i pociągając nosem.
- Jasne – brunetka klasnęła w dłonie i poderwała się ochoczo z miejsca.

- A to, kto? – zapytała Olivia, wskazując palcem jedno ze zdjęć wiszących na ścianie po przeciwnej stronie pokoju.
Było już dawno po północy, ale one nadal nie spały. Rozmawiały o wszystkim i o niczym. Gdy tylko zapadła cisza, brunetka spojrzała na białą ścianę i przyjrzała się kilku zdjęciom. Właśnie wskazywała przyniszczoną już fotografię, na której widniał obraz szczęśliwej rodziny, jaką tworzyła Gina z rodzicami w Boże Narodzenie, gdy miała siedem lat.
- To mój tata – odparła rudowłosa spoglądając na uśmiechniętego szeroko mężczyznę.
- Przystojny był – uznała przyjaciółka.
- Tak… Inaczej nie miałby tak pięknej żony, jak moja mama – uśmiechnęła się Gwen.
Livia westchnęła łącząc to z prychnięciem rozbawienia.
- Pewnie ci ich bardzo brakuje – spuściła wzrok.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo… - przyznała osiemnastolatka.
- Moja biedna – brunetka objęła przyjaciółkę ramieniem i przytuliła do swojej piersi. Pogładziła ją delikatnie po głowie i plecach, a następnie z powrotem spojrzała na ścianę. – A to? – kiwnęła brodą w tamtą stronę.
- Które? – zdziwiła się Gina, podążając wzrokiem za gestem koleżanki.
- To na środku – wskazała palcem ciemnooka.
- Ach, to – Gwen poczuła, jak dreszcz przebiega jej po plecach. – To ja i mój przyjaciel, który dał mi Bruna po śmierci moich rodziców. Dostał go kilka tygodni wcześniej – dziewczyna spuściła wzrok, wbijając go w splecione dłonie, oparte na skrzyżowanych w kostkach nogach.
- Gdzie jest teraz? – zapytała zaciekawiona Liv.
Rudowłosa wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, zniknął wiele lat temu i od tamtej pory nie miałam z nim kontaktu. Chyba wszystko z nim dobrze. Tak myślę – bąknęła z udawaną obojętnością.
- Tęsknisz za nim? – zapytała brunetka, przenosząc wzrok na twarz kumpeli.
- Czasami.
- A teraz?

- Bardzo – przyznała łzawo.
_______________________________________________________
No i tak...
Mam wrażenie, że to różowe tło kompletnie nie pasuje do treści opowiadania, ale cóż... "A może będzie lepiej..." jak to śpiewa pewien zespół... Mam nadzieję, że rozdział się podobał, zachęcam do pozostawiania opinii w komentarzach!
Ciao! xxx

poniedziałek, 10 października 2016

Chapter Four: Olivia arrived to city

Gina obudziła się o dziewiątej, więc miała czas na posiłek i powolne doprowadzenie się do porządku. Poprzedniej nocy ciągle się budziła, a po głowie krążyły jej słowa Marka. Nie wiedziała, o co mu chodzi, ale miała złe przeczucia. Gdy dziewczyna zjadła śniadanie i wyprowadziła psa na spacer, wróciła do domu i naszykowała pokój gościnny dla Liv. Gwen przewidywała, że pewnie noc po koncercie spędzą u niej w pokoju na rozmowach i plotkowaniu, a na koniec zasną w jednym łóżku, ale babcia nalegała na to, by jej przyjaciółka miała oddzielny pokój.
Dalton przyjechała niemal punkt jedenasta i wybiegła z samochodu popiskując radośnie, a chwilę później rzuciła się na przyjaciółkę i zacisnęła ją w niedźwiedzim uścisku.
- Cześć! – niemal krzyknęła jej do ucha.
Gina zarechotała rozluźniając uścisk na plecach swojej koleżanki.
- Dobrze cię widzieć – powiedziała spokojnym tonem.
- Ciebie też. Nie mogę się doczekać koncertu – uśmiechnęła się, podskakując w miejscu.
- Tylko bez szaleństw, proszę – pan Dalton pogroził palcem córce. – Gina, pilnuj jej, dobrze? – uśmiechnął się do rudowłosej.
- Oczywiście – zapewniła dziewczyna od razu.
Pan Dalton zaniósł torbę jej przyjaciółki na ganek, gdzie przywitał się z babcią Gwen, a ona zaprowadziła go do pokoju Liv.
- Nie mogę uwierzyć, że idziemy razem na ten koncert! Jestem taka podekscytowana! – piszczała niezrażona reakcją ojca brunetka.
Crimson zachichotała ponownie i wcisnęła ręce w tylne kieszenie swoich czarnych rurek.
- Widzę – powiedziała uśmiechając się szeroko.
Gina nadal nie rozumiała, jakim cudem tak świetnie dogadywała się z Olivią, mimo różnic pomiędzy nimi. Były zupełnie inne, ich charaktery kompletnie się różniły. Gwen była zwykłą, cichą myszką, która najchętniej zostałaby w wyimaginowanym świecie na zawsze, dla niej nie musiały istnieć imprezy, czy koncerty, bo i tak na nich nie bywała. Za to Livia była jej kompletnym przeciwieństwem. Praktycznie nie potrafiła usiedzieć w miejscu, ciągle poszukiwała nowych przygód i rozrywek. W ich pokoju w prawdzie ciągle było słychać muzykę, ale tylko ze względu na zamiłowanie brunetki. Crimson siedziała wtedy między książkami i uczyła się na kolejne sprawdziany, ale dudniąca z głośników kompletnie jej nie przeszkadzała, ona była wtedy w innym świecie.
- W co się ubierzesz? Wiesz, musimy wyglądać ekstra! – w oczach brunetki było widać błysk podniecenia.
- Sądziłam, że pójdę tak, jak jestem i będzie w porządku – przygryzła wargę delikatnie.
- Chyba żartujesz! Nie martw się, jeśli nie masz nic odpowiedniego, dam ci coś swojego, przecież mamy ten sam rozmiar! – nie przerywała potoku słów Olivia.
- Postaram się znaleźć coś w swojej szafie – odparła szybko Gwen.
Poczuła w głębi jakieś ukłucie, bała się, że w szafie pełnej swetrów i luźnych podkoszulek oraz zwykłych rurek lub dżinsów nie znajdzie nic, co wydałoby się jej przyjaciółce wystarczająco odpowiednie. Gina nie miała krótkich spódniczek, które odsłaniają więcej niż powinny, ani bluzek z dekoltem do pępka. Nie miała także zbyt wielu błyszczących ubrań, a nie wiedziała na jaki rodzaj muzyki i stylu powinna się przygotować.
Rudowłosą z zamyślenia wyrwał dopiero dotyk dłoni pana Daltona na jej lędźwiach.
- Bądźcie ostrożne, nie szalejcie i nie róbcie nic głupiego – powiedział patrząc raz na jedną, raz na drugą.
- Och, nie martw się tato, będziemy – zapewniła brunetka i wtuliła się w tors ojca.
- Mam nadzieję – uśmiechnął się. – Do zobaczenia, Gwen – pocałował ją w policzek.
- Do zobaczenia – uśmiechnęła się dziewczyna.
Dziewczyny stanęły obok siebie i odprowadziły mężczyznę wzrokiem do samochodu. Gdy tylko wsiadł i odjechał, znikając za rogiem, Olivia podskoczyła radośnie, ruszyła w stronę domu i pociągnęła za sobą przyjaciółkę.
- Musisz mi pokazać swój pokój! – oznajmiła wciągając ja do domu.
- Nie ma czego pokazywać – uznała Gwen. – Poza tym, babcia za raz poda obiad i będzie jej bardzo przykro, jeśli go nie zjemy.
Brunetka wydawała się niewzruszona komentarzem przyjaciółki i nie zwolniła kroku. Pewnie szła przed siebie z głową uniesioną wysoko.