poniedziałek, 21 listopada 2016

Chapter seven: Restless noise

Gina źle spała tej nocy, chciało jej się płakać od wspomnień związanych z chłopcem, a poza tym, Olivia strasznie wierciła się przez sen, a zasnęła w łóżku Gwen. Rudowłosa skończyła śniadanie i umyła talerz po sobie i przyjaciółce, która już była w jej pokoju i szukała odpowiednich na koncert ubrań.
- Nie sądzisz, że mamy jeszcze czas na wybór ubrania? – zapytała, gdy weszła do swojego pokoju.
- Absolutnie nie. Chcę jeszcze zwiedzić okolicę, a jeśli się uda to całe miasteczko. Później wrócimy, odświeżymy się i przebierzemy, a ja zrobię nam makijaż. Ty nigdy się nie malujesz – paplała bez przerwy.
- Nie chcę, żebyś mnie malowała. Zgadzam się nawet na ubranie, ale nie na makijaż. Nie lubię tego – stwierdziła siadając na łóżku.
- W takim razie zrobię ci delikatny makijaż, dobrze? Taki jak mój do szkoły – spojrzała na nią wielkimi oczami.
- No dobrze. W takim razie szukaj dalej, ja poczytam…
Olivia podskoczyła, jakby ktoś polał ją po plecach wrzątkiem.
- Co zamierzasz czytać? – podniosła wysoko brwi.
- Dumę i uprzedzenie? – odpowiedziała unosząc barki.
- Już wolę, żebyś rozwiązywała sudoku! – prychnęła brunetka.
- To niesprawiedliwe!
- Nieprawda! Ja tylko nie chcę, żebyś zatruwała sobie mózg tymi pełnymi dramatyzmu książkami! – obruszyła się Liv.
- Przesadzasz – bąknęła Gwen.
- Ani mi się waż sięgać po tę książkę! – przestrzegła ją palcem wskazującym, jak małe dziecko.
- Dobrze, mamo – burknęła rudowłosa i sięgnęła do szuflady stolika nocnego. – W takim razie, będę robić sudoku – uśmiechnęła się i zasiadła na łóżku.

Około dwie godziny później Ginie skończyły się już sudoku, więc zapytała Livię, czy jest już gotowa. Brunetka odpowiedziała, że czekała, aż skończy, więc w końcu wyszły z domu. Była czternasta i na ulicach nie było tłumów, tylko pojedyncze osoby lub kilkuosobowa grupka młodzieży cieszącej się wakacjami. Olivia nalegała, żeby obeszły całe miasto, więc Gwen poprowadziła ją zawiłymi ścieżkami, by ta nie zorientowała się, że to jedynie część. Ginie nie chciało się chodzić bez sensu pół dnia po mieście. Gdy wróciły było wpół do osiemnastej, bo zatrzymały się na gofry i lody oraz posiedziały trochę na plaży. Olivia stwierdziły, że teraz mają strasznie mało czasu, ale Gwen zachowała zimną krew i pozwoliła by koleżanka jako pierwsza skorzystała z łazienki. Liv nie siedziała w niej zbyt długo, żeby nie tracić czasu. Wzięła tylko prysznic i wyszła w samym ręczniku.
Gwen poszła do łazienki i wzięła prysznic oraz przejechała nogi maszynką, ponieważ nie była pewna, czy nie będzie musiała ubrać spódnicy, a nie chciała drażnić się z Olivią. Następnie wyszła z łazienki i weszła do pokoju. Było w nim niezwykle cicho i pusto, jakby panny Dalton w ogóle nie było w domu. Ale była i około piętnaście minut później wpadła do jej pokoju z ubraniami i kosmetykami oraz wzięła się za szykowanie przyjaciółki.
Gina czuła się, jakby brała udział w jednym z tych programów, gdzie ich bohaterki przechodzą nieziemską metamorfozę z Brzydkiego Kaczątka w Łabędzia. Liv zaplotła jej końcówki włosów na dużych wałkach, by odrobinę się pofalowały, a następnie dała jej czarną sukienkę przed kolano w drobne różowe kwiatki. Gwen założyła ją, ale Olivii się nie spodobał efekt końcowy, więc przebrała koleżankę w ciemne spodnie i czarny crop-top z logo Nirvany.
- Powinno być dobrze, mi się podoba – podsumowała, a następnie wzięła się za makijaż.
Crimson te wszystkie zabiegi wydały się niepotrzebne, ale nie sprzeciwiała się. Nawet podobał jej się strój, który dostała od przyjaciółki, lecz ta szybko zmieniła zdanie i kazała jej ściągnąć spodnie i założyć czarną spódnicę oraz tenisówki, co w sumie nie wyglądało tak źle. W końcu brunetka odłożyła wszystko i przyjrzała się swojemu dziełu.
- Jak dla mnie świetnie. A teraz szybciutko się zbieraj, bo chyba powinnyśmy już iść – uznała i wyszła, a po chwili wróciła zaopatrzona w małą torebeczkę. Gwen także pomyślała o tym wcześniej, więc chwyciła swoją i wyszły, krzycząc babci na pożegnanie.
Gina nie wiedziała, jaki zespół ma grać koncert, ale Liv podała jej nazwę klubu, więc nie miały problemu z dotarciem. Szły na tyle szybko, że w połowie drogi były pół godziny później, ale Olivia i tak była pewna, że są już spóźnione. Nie były. Gdy dotarły do klubu, zastały wielki tłum ludzi kierujących się do wejścia. Golden Harbor nie było zbyt rozrywkowym miasteczkiem, więc gdy tylko nadarzała się okazja, na wydarzeniu zjawiała się większa część mieszkańców. Na szczęście klub był pojemny.
Brunetka stwierdziła, że aby zdążyć na czas do środka powinny przecisnąć się w tłumie i tak zrobiły, ale gdy weszły do środka zauważyły, że cały tłum jednak nie zmieści się do środka, bo dużo osób już była w środku i panował tam ścisk.
Na jednej ze ścian Gwen zauważyła plakat informujący o wydarzeniu. Odczytała nazwę zespołu i zamarłą. Jak mogła nie wiedzieć? Nagle jeden z reflektorów zaświecił jej prosto w oczy i oślepił ją, a przyjaciółka chwyciła jej drobny nadgarstek i szarpnęła w swoją stronę.
- Chodź, musimy przecisnąć się głębiej. Nie po to wcześniej kupiłam bilet, żeby teraz nie zobaczyć ich na żywo – marudziła Olivia.
- Liv, ja… Ja muszę wyjść – oznajmiła Gina i próbowała wyszarpnąć nadgarstek z uścisku.
- Chyba żartujesz, nie wypuszczę cię teraz – skwitowała brunetka i pociągnęła ją głębiej w tłum obcych ciał.
Crimson czuła jak jej żołądek zwija się w kłębek i fika jedno  salto za drugim, było jej niedobrze, chciała się wycofać, ale nie mogła. Usłyszała wokół siebie niespokojny hałas, okropny, przenikliwy pisk wchodzący gdzieś w jej ciało. Tłum zaczął piszczeć i bić brawo, więc podniosła wzrok.
Na scenę wyszli członkowie zespołu 5 Seconds of Summer. Gitary zawyły równocześnie i rozległy się ich głosy. Gina ponownie zamarła. To było tak dziwne, słyszeć go ponownie na żywo po tylu latach rozłąki. Miała ochotę stamtąd uciekać, a równocześnie wbiec na scenę i wszystko wykrzyczeć mu w twarz. Jeszcze nigdy nie przeżyła takiego konfliktu wewnętrznego, jak wtedy. Chciało jej się krzyczeć i płakać, zapaść pod ziemię i pokazać mu, że tu jest, wszystkie te samotne lata i złe wspomnienia powracały falami i uderzały w nią, jak o falochron. Stała i patrzyła na jego dojrzałe rysy twarzy, blond włosy ułożone w modną fryzurę, czarny kolczyk w wardze, modne ubranie i jego ręce sprawnie muskające struny gitary.
Olivia ponownie pociągnęła ją za sobą, były co raz bliżej sceny. Gina wzdrygnęła się, gdy ktoś przez przypadek dotknął jej ramienia. Jej ciśnienie wzrosło, serce waliło jak młot, a ona była prawie pewna, że zaraz będzie ją słychać bardziej niż instrumenty i  wokal chłopaków stojących na scenie.

Stanęły jedynie kilka rzędów od podestu, na którym grał zespół. Gwen miała wrażenie, że jego błękitne oczy są jedynym, na co może w tamtej chwili patrzeć. Jego wzrok błądził po sali, aż zatrzymał się na jednym punkcie i zielonooka była pewna, że ją zobaczył.

______________________________________________

TUM-TUM-TUUUM!
A teraz czekajcie dwa tygodnie na nowy rozdział *śmieje się złowrogo* ... *śmieje się jeszcze bardziej złowrogo*
Do następnego!
Paa! xxx

poniedziałek, 14 listopada 2016

Chapter Six: Endless Loneliness

Hej, myszki!
Wybaczcie, wiem, że mam poślizg, ale nie martwcie się następny rozdział pojawi się za tydzień :)

/////////////////////////////////////////////////////////

Luke wiedział, że powinien wyspać się tej nocy, lecz nie mógł wyprzeć z głowy wspomnienia tej rudowłosej dziewczyny, w białym swetrze. Nawet, gdy udało mu się zamknąć oczy i zasnąć, widział jej rozwiane włosy i roześmianą twarz. Jak mogła teraz wyglądać, skoro była jego brytyjskim wspomnieniem? Minęło tak wiele lat, że sam już przestał je liczyć. Pamiętał nawet pierwszy dzień w nowej szkole i słowa powtarzane jak mantrę: „Jestem Luke Hemmings, mam dwanaście lat, przyjechałem z Golden Harbor w Wielkiej Brytanii”. Każdy przedmiot przez pierwszy tydzień zaczynał dokładnie tymi słowami, co było niezwykle nudne i irytujące. Chłopiec nie potrafił się odnaleźć w nowej szkole, ale wiedział, że jakoś będzie sobie musiał poradzić. I po jakimś czasie poznał kilku nowych kolegów, a później samo się wszystko ułożyło i mały Hemmings zapomniał o dawnym życiu w Wielkiej Brytanii.
Luke po raz kolejny przekręcił się na plecy i westchnął głośno.
- Dlaczego to dla mnie tak ważne? – zapytał sam siebie, przymknął powieki.

- Luke, wstawaj! – ciszę rozerwał głośny krzyk Clifforda.
- Mike, wyjdź – mruknął i zakrył głowę kołdrą, ale sekundę później ją z siebie zerwał. – Czekaj, ja spałem? – zdziwił się siadając.
Czerwonowłosy spojrzał na niego, unosząc prawą brew.
- Jest dziesiąta, menager cię zabije, jeśli za raz nie zejdziesz na dół i nie wsiądziesz do busa – stwierdził Michael i wyszedł trzaskając drzwiami.
- Zasnąłem! – ucieszył się Luke. Jego ostatnie noce były męczące, więc teraz był zwyczajnie zdziwiony, że wreszcie udało mu się przespać całą noc.
Przetrwał całą noc w niekończącej się samotności i był z tego bardzo dumny.
Chłopak w pośpiechu przebiegł korytarzem i wpadł do windy przeczesując włosy ręką. Wiedział, że w dzień występu powinien lepiej zadbać o wygląd zewnętrzny, ale uznał, że to nie jest ważne. Gdy tylko drzwi się otworzyły, wypadł pędem na duży hol hotelowy i podbiegł do wyjścia, gdzie czekał na niego menager z termosem i kanapką w obydwu dłoniach. Szybko podał chłopakowi jedzenie i otworzył drzwi samochodu, w którym czekała reszta zespołu.
- Jak się spało, księżniczko? – zapytał menager, gdy usadowił się na przednim siedzeniu i odwrócił przez lewe ramię.
- Wyjątkowo dobrze – Luke uśmiechnął się i spojrzał na przyglądającego się mu Ashtonowi.
Irwin uśmiechnął się, słysząc, że stan kumpla poprawił się, ale to był jedyny kontakt jaki nawiązali podczas drogi do klubu, w którym mieli zagrać koncert. Choć Ash siedział obok zdawał się nie zwracać uwagi na przytulonego do okna Luke’a, chłopcy ciągle wygłupiali się i śpiewali, ale po drodze blondyn zdążył stracić humor na głupoty i ponownie zaczął rozmyślać od rudowłosej.  
W nocy musiał padać deszcz, ponieważ okna ich samochodu były mokre od kropli wody. Gdyby nie to, że Luke siedział przy drzwiach, pewnie nawet by nie zauważył, że są już na miejscu, ale perkusista szturchnął go w ramię i ponaglił.
Klub był dość obskurny i nie wyglądał zbyt zachęcająco, ale przecież nie mogli spodziewać się czegoś ekskluzywnego, w końcu ich typ muzyki nie pasowałby to takiego miejsca. Ale tutaj wydawał się pasować prawie idealnie. Luke przełknął ślinę zdając sobie sprawę, jak duszno będzie, gdy zejdą tu ludzie, ale starał się tym nie przejmować. Zwykle grali na wpół otwartej przestrzeni, a tu mieli grać w klubie, co było nieco odmienne, ale nikomu zdawało się to nie przeszkadzać, więc Hemming po prostu się nie odezwał na ten temat.
O jedenastej zaczęła się próba, i chłopcy zaczęli dostrajać gitary oraz rozgrzewać swoje aparaty gębowe. Gdy Calum zaczął podśpiewywać „She looks so perfect” przed sceną stanął menager i gwizdnął, by zwrócili na niego uwagę.
- Catering przyszedł. Zjedzcie coś, macie pół godziny przerwy, a później kontynuujcie próbę. Macie jeszcze cztery godziny – poinformował i wszedł za kulisy.
Luke odłożył gitarę i powlókł się do reklamówki, a następnie wyjął z niej styropianowe pudełko z czarnym napisem wykonanym markerem ‘Luke’. W środku czekała na niego sałatka z kurczakiem, na co skrzywił się – liczył na coś bardziej pożywnego. Sięgnął po termos z kawą, który dostał przy wyjściu z hotelu i upił nieco gorzkiego napoju. Dreszcze wstrząsnęły jego ciałem, więc przymknął oczy i odchylił głowę do tyłu, gdy je otworzył obok siedział Ashton.
- Wyspałeś się? – zapytał otwierając swoje pudełko. Brunet miał w nim coś o konsystencji sosu mięsnego.
- Wiesz, że tak? – przyznał blondyn.
- Czyli sprawa rudej jest przedawniona? – wziął kawałek mięsa na widelec i wsadził go sobie do buzi.
- Po przebudzeniu sądziłem, że tak, ale w samochodzie znowu wróciła…
- Kto wrócił? – zainteresował się Calum, przysiadający po drugiej stronie Luke’a.
- Nikt… - uciął Hemmings i spojrzał na swoją sałatkę. – Dlaczego ja dostałem jakieś zdrowe zielsko, a wy macie mięsny sos? – zainteresował się zawartością pudełka gitarzysty.
- Za kare, moje słonko – dobiegł ich głos menagera. – Mike, twoja matka na linii – podał chłopakowi telefon.
Czerwonowłosy uśmiechnął się i wziął komórkę od mężczyzny, a później pobiegł za kulisy.
- Jak dziecko… - mężczyzna pokręcił głową. – Słuchajcie, mam dla was dobrą wiadomość. Przez cały występ drzwi do sali będą otwarte, a klimatyzacja włączona. Dodatkowo, mają specjalny nawiew z chłodnym powietrzem, więc nie powinniście się zbytnio spocić. Co więcej, mają tutaj okna, które otworzą na godzinę przed waszym występem, żeby tłum nie zrobił duchoty – poinformował ich. – Najedliście się? – wsadził ręce w kieszenie. – Nie mamy dużo czasu, gdy Michael wróci, macie zacząć próbę.
- Oczywiście – uśmiechnął się Ashton i zaczął szybciej przebierać w swoim sosie.
Chłopcy zjedli posiłek, opróżnili razem termos i wrócili do próby. Po kilku godzinach menager oznajmił, że ich czas dobiegł końca, a teraz muszą się odświeżyć, przebrać i oddać w ręce charakteryzatorów. I tak też zrobili. Godziny same mijały podczas gdy oni mieli się rozluźnić przed występem.
- Chłopcy, wychodzicie – poinformował menager, zaglądając do garderoby.

Wszyscy dali sobie kopniaki na szczęście i ruszyli w stronę sceny, gdy tylko na nią wyszły głośny pisk dotarł do ich uszu.


====================================
TUM-TUM-TUM! 
Pozdrawiam ❤❤❤