poniedziałek, 30 stycznia 2017

Chapter eleven: Late night in Golden Harbor

Gwen była zawstydzona słowami Luke’a. Dobrze było wiedzieć, dlaczego nie odezwał się do niej ani słowem, gdy wyjechał. Nadal jednak czuła ukłucie w sercu, gdy myślała o tym, że jego mama nie wspomniała chłopcu o jego piegowatej koleżance.
Gdy Gina przemywała makijaż w małej łazience na tyłach klubu, Luke starał się uspokoić. W prawdzie, w końcu wiedział coś o dziewczynie z bladych wspomnień, ale nie czuł się pewnie. Po raz pierwszy od czasów ósmej klasy Luke Hemmings nie czuł się pewnie. Wtedy starał się o względy wyższej od niego o dziesięć centymetrów, ale bardzo uroczej Ally Sanders, która mimo swego dobrego wychowania, jakie wpajali jej rodzice skończyła edukację wraz z uzyskaniem pełnoletniości i zajściem w ciąże. Blondyn potrząsnął głową, chcąc odegnać te wspomnienia. Ally była przeszłością. Czy jednak Gwen też nią nie była. O pnnie Sanders pamięta cały czas i niekiedy nawet wspominał ją późnymi wieczorami, a Gina? Pojawiła się w jego głowie około rok temu i prześladowała go, jako mała, ruda dziewczynka biegająca z nim po ulicy i bawiąca się na placu zabaw.
Tak mało pamiętał z Anglii, że nie był pewien, czy jego życie w tym miejscu w ogóle było ważne w kwestii jego późniejszego ukształtowania.
Chłopak wepchnął dłonie do kieszeni i po raz kolejny nerwowo spojrzał na drzwi, za którymi zniknęła zielonooka. Obrzucił wzrokiem stół zasypany opakowaniami po ich posiłku, aż między pustymi, styropianowymi pojemnikami dostrzegł małą, plastikową paczuszkę, którą szybkim ruchem zgarnął i wcisnął do tylnej kieszeni spodni.
- To co, idziemy? – odezwała się Crimson za jego plecami.
Hemmings podskoczył, serce podeszło mu do gardła. Odwrócił się i spojrzał na nią.
- Jasne, chodźmy – wzruszył ramionami, jakby obojętnie podchodził do sytuacji.
Nie podchodził do niej obojętnie i to było jasne. Miał jednak nadzieję, że Gina nie zauważy jego drżących dłoni i trzęsących się kolan, że nie usłyszy łamiącego się głosu. Odkaszlnął na wszelki wypadek, gdyby jego gardło zechciało spłatać mu jakiś żart.
- Gdzie mnie zabierzesz? – zainteresował się podchodząc do tylnego wyjścia.
- Niespodzianka – uśmiechnęła się tajemniczo i minęła go w drzwiach, gdy otworzył je przed nią.
Gwen nie wiedziała sama, gdzie pójdą, chciałaby pokazać mu całe miasto, a jednocześnie miała wrażenie, że przecież on to wszystko zna i wycieczka będzie piekielnie nudna. Postanowiła zaryzykować, więc gdy tylko wyszli spomiędzy budynków do głównej ulicy, zapytała:
- Nadal lubisz naleśniki z czekoladą i bananem? – rzuciła mu krótkie spojrzenie.
Skinął głową.
- Kto ich nie lubi? Takie są najlepsze – uśmiechnął się do niej, więc odwróciła spojrzenie.
Nadal nie czuła się komfortowo w jego towarzystwie. To już nie był jej Luke, dziesięcioletni chłopiec w za dużej podkoszulce i brudnych spodnich, który pomagał jej się wdrapać na drzewo. Mimo to, miała wrażenie, że potrafi zaprzyjaźnić się z nim na nowo. Miał w sobie coś takiego, co przyciągało. Chociażby oczy, których kolor zafascynował ją do tego stopnia, że gdy w nie patrzyła, jej wnętrzności fikały, jak na trampolinie, a ona czuła przyjemne łaskotanie pod przeponą.
Crimson wystawiła dłoń w stronę dwudziestolatka. Spojrzał na nią pytająco.
- Nie ufasz mi? Ja zawsze wierzyłam ci, że nie puścisz mnie podczas wciągania na gałąź – zaśmiała się i ucichła, gdy zdała sobie sprawę, że chłopak pewnie nie pamięta tamtych chwil.
Blondyn chwycił jej dłoń i uśmiechnął się połową ust.
- Skoro ty ufasz mi, ja ufam tobie – oznajmił i ruszył za dziewczyną.
Zatrzymali się przy rozświetlonej budce, która pokryta była czerwoną farbą.
- Witaj, Kristie! – zawołała Gwen, wdrapując się na barowe krzesło stojące przy niewielkiej ladzie, wokół budki.
- Och, Gina! Dobrze cię widzieć! Ale dzisiaj ruch… Podobno był dzisiaj jakiś koncert i teraz dzieciaki błąkają się po mieście bez celu – zaczęła narzekać czarnoskóra kobieta. – A jak ci mijają wakacje? Stęskniłam się, kolejne pół roku bez ciebie – pokręciła głową przecząco i rozlała masę na naleśnika po okrągłej płycie.
- Dobrze, w zasadzie dopiero się zaczęły. Ja także tęskniłam, na całym świecie, nikt nie potrafi robić tak dobrych naleśników, jak twoje – uśmiechnęła się dziewczyna i spojrzała na stojącego obok dwudziestolatka. – Siadaj – powiedziała i wskazała brodą drugie krzesło.
- To sprawa oczywista! – zgodziła się kobieta, ponownie zwracając uwagę Giny. – To co zawsze? – wychyliła się do przodu, zbliżając twarz do okienka.
- Tak – skinęła osiemnastolatka.
- A dla kawalera? – Kristie spojrzała na blondyna.
- Nic, tylko przekrój mojego na pół – wtrąciła od razu Gwen. Po całej porcji nigdy nie mogę się ruszać, a zamierzam jeszcze trochę dzisiaj zrobić – uśmiechnęła się uprzejmie.
- Mhm – przytaknęła kobieta i odwróciła się do gotowego naleśnika, którego polała sosem czekoladowym. – Nie mówiłaś, że się z kimś spotykasz – zagadnęła.
Gina otworzyła szeroko o czy, uśmiech zszedł z jej twarzy. Spojrzała na Luke’a przelotnie.
- Bo się nie spotykam – podrapała się w tył głowy, zacisnęła wargi i spuściła wzrok.
Kobieta odwróciła się i zmierzyła Hemmingsa spojrzeniem.
- Nie umawiasz się z nim? – wskazała dwudziestolatka dziwnym przyrządem.
- Kristie! – burknęła oburzona dziewczyna.
- No co? Nigdy nikogo do mnie nie przyprowadzasz – wzruszyła ramionami i wydęła duże wargi.
- To… - Gwen spojrzała na blondyna. – To tylko… kolega – dokończyła.
Kobieta ponownie spojrzała na błękitnookiego, na co chłopak pomachał do niej, prawą dłonią, a podpierając się na lewej i zakrywając nią usta.
- Przystojny jest – uznała murzynka. – Bierz się za niego… albo ja to zrobię – odwróciła się do nich z dwoma tekturowymi tackami z należnikami.
- Halo, ja tu jestem – wtrącił Luke. Obie spojrzały na niego. – I wszystko słyszę – dodał.
Kristie wzruszyła ramionami nieporuszona tym faktem. Gwen wzięła tacki do rąk i spojrzała na chłopaka niemal błagalnie. Mimo wszystko, chłopak czuł się dobrze, od lat nie był tak anonimowy. I to w swoim rodzinnym mieście. Czuł się z tym wręcz fantastycznie. Wreszcie miał trochę ciszy i spokoju, znikąd nie podbiegały do niego piszczące dziewczyny prosząc o miliony wspólnych zdjęć i autografy. Nie tylko na kartkach, czy w pamiętnikach.
- Mógłbyś zapłacić? – uśmiechnęła się głupio. – Mam zajęte ręce, oddam ci później.
Luke wyjął portfel i położył banknot na ladzie po czym odwrócił się na pięcie, wziął swoją porcję od Gwen i spojrzał na nią niepewnie.
- Powiedz, że nie będziemy jeść tutaj – szepnął. – Reszty nie trzeba – powiedział do Kristie.
- Nie, zjemy po drodze. Chcę cię gdzieś zabrać – oznajmiła. – Do zobaczenia, Kristie – dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i pomachała czarnoskórej kobiecie wolną ręką.
Ruszyli przed siebie i zaczęli jeść swoje naleśniki, krojąc je plastikowymi widelczykami. Luke mruknął, gdy tylko połknął pierwszy kęs.
- Miałaś rację, to najlepsze naleśniki, jakie kiedykolwiek jadłem. Mama by mnie zabiła, gdyby to usłyszała – zaśmiał się.
- Może nie. Sama pokazała mi tę budkę, gdy kiedyś poszliśmy razem na spacer. Potrafiliśmy tu przychodzić każdego dnia wakacji – opowiedziała Gwen i uśmiechnęła się do wspomnień.
- W takim razie, żałuję, że tego nie pamiętam – uśmiechnął się, a naleśnik wypchał jego policzki. – Gdzie teraz idziemy? – zapytał patrząc przed siebie.
Ulice Golden Harbor były prawie puste i tak spokojne…
- W jedno z najbardziej magicznych miejsc w tym mieście. Jedz naleśnika – uśmiechnęła się.
Szli dość powoli, ale żadnemu z nich to nie przeszkadzało, mogli w spokoju zjeść swoją porcję. Gdy mijali niewielki supermarket Luke przystanął na chwilę.
- Napiłbym się czegoś, co ty na to, żebyśmy najpierw wstąpili do sklepu, nim pokażesz mi to magiczne miejsce?
Crimson wzruszyła ramionami.
- Jeśli chcesz coś sobie kupić, w porządku – stwierdziła i wyrzuciła swoją tackę do śmietnika stojącego na chodniku.
Weszli do sklepu, Luke szybko poruszał się alejkami, Gina postanowiła zaczekać przy kasach. Chłopak wyłonił się spomiędzy alejek z chipsami i podszedł do lodówki z zimnymi napojami, wyjął pepsi i ruszył do Gwen.
- Mam nadzieję, że lubisz paprykowe. Niestety nie pamiętam, jakie jadasz – uśmiechnął się krzywo.
- Żartujesz? Nie mogę zjeść wszystkich swoich oszczędności – mruknęła rudowłosa.
- Nie będziesz się po mnie brzydzić? – zapytał machając jej butelką napoju przed twarzą.
- Skąd, ale za to zbankrutuję i przestanę cię lubić – uznała odbierając mu butelkę i stawiając ją na taśmie.
- Dobrze wiedzieć, że już mnie lubisz. Albo, że nadal mnie lubisz. A o bankructwo nie musisz się martwić, ja za wszystko zapłacę – chciał objąć ją ramieniem, jednak szybko cofnął rękę i tylko poklepał ją po barku.
- O nie, nie mogę się na to zgodzić! W zasadzie znasz mnie od pół godziny, nie chcę być twoim dłużnikiem – zaplotła ramiona na piersi.
- Nie będziesz moim dłużnikiem, jesteśmy przyjaciółmi, pamiętasz? – wygiął usta w nienaturalnym uśmiechu, przypominając tym samym emotikonę.
- ‘Pamiętasz’ to słowo, które dziwnie brzmi w twych ustach – skrzywiła się.

- Daj spokój – przewrócił oczami i wbił jej palce pod żebro.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Dzisiaj wyszedł dłuższy rozdział, ale to chyba nic złego. Mam rację? Jak Wam się podoba taka wersja ich relacji? Ja osobiście chyba wolę, jak się śmieją, niż na siebie krzyczą, ale to jeszcze wyjdzie w praniu, czy jak to się tam mówi...
Nieważne!
Zostawiajcie opinie w komentarzach, a następny rozdział pojawi się już za tydzień, bo przegapiłam poprzedni tydzień.
Do następnego,
Monika Karolina xxx

3 komentarze:

  1. Super :)
    Dzisiaj się nie rozpisuje bo brak czasu.
    Pozdrawiam i czekam na następny :)
    Dreams

    OdpowiedzUsuń
  2. Awww... podoba mi się.
    Jest naprawdę fajny.
    Czekam na next.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak możesz to informuj mnie proszę na moim twitterze : @aleksandra6555.

      Usuń